Filipiny

Filipiny - tarasy ryżowe Banaue i wypoczynek w El Nido

18-10-2017
9
0
El Nido - Palawan

Kilka lat temu pracowałem dla jednego z serwisów turystycznych i przygotowywałem ranking najpiękniejszych plaż świata. Szukając inspiracji moją uwagę przykuło powyższe zdjęcie. Palawan El Nido. Pomimo że znam trochę geografię, nie miałem pojęcia co to za miejsce i postanowiłem zgłębić temat. Kilka blogów, relacji z podróży, setki ogladniętych zdjęć i już wiedziałem, że El Nido na wyspie Palawan jest jednym z tych miejsc, które muszę odwiedzić. Tak oto na liście moich destynacji "do zaliczenia" znalazły się Filipiny.

Owego roku w sezonie zimowym poleciałem na Sri Lankę (relacja z naszego wyjazdu), ale Filipiny pozostały w mojej głowie i czekałem na stosowną okazję żeby zrealizować jedno ze swoich turystycznych marzeń.

Ta trafiła się rok później, kiedy przeglądałem jeden z serwisów lotniczych i zobaczyłem świetne ceny na przeloty do Manili. Wylot był co prawda z Wiednia, ale dla mieszkańców południowej Polski to żaden problem. 5 godzin drogi autem wygodnymi autostradami i jesteśmy na miejscu. Pozostało tylko poszukać towarzystwa na wyjazd. Kilka telefonów, wiadomości w Internecie, spotkań z kumplami i udało się zebrać ekipę 5 osób na wyjazd.

Pozostało tylko wybrać dogodny dla wszystkich termin i ustalić program pobytu. Z tym pierwszym nie było żadnego problemu. Zdecydowaliśmy się lecieć w połowie listopada, kiedy na Filipinach kończy się pora deszczowa i panują przyjemne temperatury 25-30 stopni Celsjusza. Co więcej jest to okres przed sezonem, a więc nie ma jeszcze tłumów turystów i ceny w kurortach są sporo niższe.

Większym problemem było zaplanowanie naszego pobytu. Przy podróżach razem z 4 innymi osobami trzeba wszystko tak zaplanować aby dostosować się po trochę do każdego, zobaczyć jak najwięcej ciekawych miejsc nie spędzając całych wakacji w drodze i znaleźć czas na wypoczynek.
Filipiny to kraj wielkości Polski położony na ponad 7000 wysp. Na zwiedzenie wszystkich zabrakłoby kilku miesięcy, a my mieliśmy tylko 2 tygodnie. Postanowiliśmy się skupić tylko na dwóch: największej – wyspie Luzon, gdzie znajduje się stolica kraju Manila oraz słynne tarasy ryżowe Banaue, a następnie udać się na Palawan – uznanej przez czytelników czasopisma Travel & Leisure za najpiękniejszą wyspę świata. Bilety udało się kupić za 2200 zł a dodatkową atrakcją był 12 godzinna przesiadka w Pekinie. Na szczęście przy pobycie w Pekinie i Szanghaju poniżej 72 godzin nie potrzeba wizy tak więc postanowiliśmy wykorzystać tę okazję żeby poznać stolicę Państwa Środka.

Do Wiednia pojechaliśmy autem. Parking w pobliżu lotniska, z transferem pod terminal kosztował nas ok 70 EUR za 2 tygodnie. Jak na jedno z najdroższych miast w Europie to całkiem niezła cena. Lot liniami Air China minął bardzo przyjemnie. Pomimo kiepskich opinii jakimi cieszy się chiński przewoźnik, nie można narzekać. Oczywiście serwis nie jest na takim poziomie jak w liniach z bliskiego wschodu, ale cena robi swoje.

PEKIN

W Pekinie wylądowaliśmy przed południem i pomimo zapowiadanej słonecznej pogody słońca nie było. W końcu Pekin to najbardziej zanieczyszczone miasto świata, przez większość roku spowite smogiem. Jeśli komuś wydaje się, że w polskich miastach trudno się oddycha to polecam wybrać się do Pekinu. Już po wyjściu z lotniska dało się poczuć drapiący w gardle pył. Do centrum łatwo można dostać się kolejką, którą otwarto w 2008 roku z okazji Letnich Igrzysk Olimpijskich, a następnie przesiąść na metro. Przejazd w jedną stronę to koszt niespełna 20 zł. Wymieniając pieniądze na lotnisku należy pamiętać o bardzo wysokich prowizjach które tamtejsze kantory naliczają za każdą transakcję. Przy małych sumach jest to nawet ponad 20% wartości transakcji, dlatego lepiej zaopatrzyć się w Juany w Polsce lub korzystać ze specjalnych kart walutowych.

Zakazane Miasto - Pekin

Przejazd do centrum trwał ok 30 minut i po drodze można było oglądać ponure widoki na pekińskie blokowiska pogrążone w smogowej mgle. W związku z tym, że nie mieliśmy dużo czasu postanowiliśmy skupić się na największej atrakcji Pekinu czyli Zakazanym Mieście. Na szczęście tego dnia nie było wielogodzinnych kolejek, które są normalnością i po około 30 minutach stania dostaliśmy się na teren jednego z największych na świecie kompleksów pałacowych. Pałac Topkapi w Istambule czy podparyski Wersal wydają się skromnymi posiadłościami w porównaniu do rezydencji chińskich cesarzy. Kompleks wzniesiony w XV wieku na rozkaz cesarza Yongle, który przeniósł stolicę Chin z Nankinu do Pekinu, rozciąga się na długości kilometra i szerokości ponad 800 metrów. Całość otoczona jest monumentalnym murem i fosą. Na południowej bramie, którą wchodziliśmy widnieje olbrzymi portret wodza Mao, który spogląda z góry na swój lud. O ile z zewnątrz pałac sprawie niesamowite wrażenie, to po przejściu przez bramę przeżyliśmy lekkie rozczarowanie. Po minięciu każdej kolejnej bramy naszym oczom ukazywał się taki sam widok. Olbrzymi dziedziniec, monumentalne pawilony i kolejne bramy. Liczyłem na możliwość zwiedzenia wnętrz pałacu, zobaczenia jak żyli władcy najpotężniejszego niegdyś państwa świata, ale niestety Zakazane Miasto nie daje takiej możliwości. Pod tym względem pałać osmańskich sułtanów w Istambule jest dużo ciekawszym miejscem.

Po przejściu całego pałacu i minięciu północnej bramy skierowaliśmy się do pobliskiego parku Jingshan, który w czasach cesarskich był miejscem wypoczynku chińskich monarchów. Udaliśmy się na położone w centrum parku 50 metrowe wzgórze na którym wzniesiono Pawilon Wiecznej Wiosny. Dawniej był to najwyżej położony punkt Pekinu i po dziś dzień jest wspaniałym punktem obserwacyjnym. Panorama z góry jest rzeczywiście imponująca. W całej okazałości widać kompleks Zakazanego Miasta leżący u stóp wzgórza. Niestety nie mieliśmy szczęścia do przejrzystego powietrza i poprzez gęsty smog poza pałacem niewiele było widać. Najważniejsze punkty programu w Pekinie zostały zaliczone a jako, że mieliśmy jeszcze kilka godzi do wylotu do Manili postanowiliśmy „pozwiedzać” pekińskie centra handlowe. W końcu Chiny to fabryka świata i wszystkie produkty made in china powinny być dużo tańsze. Nic bardziej mylnego. Ceny zarówno odzieży jak i elektroniki są dwa razy wyższe niż w Europie. Chiny nie są już ubogim rozwijającym się krajem, tylko najdynamiczniejszą gospodarką świata z bardzo liczną klasą średnią, która chce żyć na poziomie pastw zachodu i jest skłonna wydawać duże pieniądze na produkty znanych światowych marek. Musieliśmy więc wracać z Pekinu z pustymi rękami. Trudno oceniać Pekin na podstawie kilkunastogodzinnego pobytu, ale wywarł na mnie raczej przygnębiające wrażenie. Nie jest to miejsce w którym chciałbym spędzić więcej czasu. Pozostał pewien niedosyt gdyż nie udało się zobaczyć Wielkiego Muru, ale na to potrzeba przynajmniej dwudniowego pobytu. Wieczorem pożegnaliśmy się z zimnym i ponurym listopadowym Pekinem i po 6 godzinnym locie wylądowaliśmy tętniącej życiem, upalnej Manili.

MANILA

Pomimo późnej pory, po wyjściu z lotniska uderzyła nas fala gorącego, wilgotnego powietrza. Co za miła odmiana po lodowatym Pekinie. Nasz nocleg zarezerwowaliśmy w centralnej części miasta w biznesowej dzielnicy Makati. Tak naprawdę Manila nie jest jednym miastem tylko skupiskiem kilkunastu miast bez wyraźnych granic, które tworzą jedną wielką metropolię licząc 20 milionów mieszkańców. Jest to wciąż kraj nisko rozwinięty i ciężko polegać na transporcie zbiorowym. W Manili praktycznie on nie istnieje. Nieliczne linie metra i miejskiej kolejki są w ciągłej budowie, tak więc trzeba polegać na taksówkach, a na krótkich dystansach można korzystać z tzw. jeepneyów czyli dawnych Jeepów amerykańskiej armii, które zostały przerobione na niewielkie autobusiki. Można je spotkać na każdym kroku a cena biletu jest bardzo rozsądna. My z racji sporej odległości do pokonania nie mieliśmy wyjścia i trzeba było skorzystać z taksówki. Tu kolejny szok – proponowana przez taksówkarzy cena za niewiele ponad 10 km przekraczała równowartość 200 zł. Sporo jak na kraj w którym zarobki są przeszło dwukrotnie niższe niż w Polsce. Po krótkich poszukiwaniach i targowaniu się udało się znaleźć kierowcę za połowę wcześniejszej kwoty, co i tak było sporym wydatkiem. Żeby nie wydawać zbyt dużo już pierwszego dnia naszego pobytu zapakowaliśmy się w piątkę do jednego samochodu. Nawet o pierwszej w nocy na ulicach panował spory ruch. W końcu Manila to jedno z najbardziej zakorkowanych miast świata, o czym mieliśmy się okazję przekonać w kolejnych dniach. Po niespełna godzinie dodarliśmy do naszego apartamentu.
Była 2 w nocy, ale pomimo późnej pory i kilkudziesięciu godzinach w podróży udaliśmy się na miasto na mały rekonesans. Manila jest znana z bogatego nocnego życia, a nasz apartament był zaledwie 15 minut spacerem od rozrywkowej dzielnicy z licznymi klubami.

Manila - dzielnica biznesowa Makati

Kolejny dzień postanowiliśmy przeznaczyć na zwiedzanie Manili i jej historycznej części „Intramuros” co w dosłownym tłumaczeniu znaczy miedzy murami. Nazwa się wzięła od XVI wiecznych fortyfikacji, które otaczały tę hiszpańską kolonię. Mury przetrwały do dnia dzisiejszego, jednak w ich obrębie nie znaleźliśmy nic ciekawego. Kilka niezbyt imponujących kościołów i budynków o kolonialnym charakterze, nic poza tym. Po godzinnym spacerze opuściliśmy Intramuros i wróciliśmy do rozrywkowej dzielnicy Makati. Oczywiście na nastawialiśmy się na szukanie panienek do towarzystwa, ale będąc w Manili chcieliśmy zakosztować tutejszego życia nocnego. W końcu jest to jedna z głównych atrakcji stolicy Filipin, która przyciąga najwięcej europejskich turystów. Większość klubów skupionych jest przy centralnej ulicy Makati – Makati Avenue. Weszliśmy do pierwszego lepszego klubu i jak się okazało było tam więcej tancerek niż klientów. Kolejny klub i to samo. Nie wiem czy to kwestia środka tygodnia czy niskiego sezonu, ale bogate filipińskie życie nocne okazało się fikcją. Liczyłem na fajna imprezę z dużym parkietem i setkami bawiących się ludzi. Postanowiliśmy nie wybrzydzać i zostaliśmy w kolejnym lokalu. Ceny jak na night cluby nie są zbyt wygórowane. 25 zł za piwo a w cenie towarzystwo miłych filipińskich dziewczyn. Kilka piwek i wieczór minął bardzo przyjemnie.

Ani się obejrzeliśmy i była 4 w nocy. O tej porze ulice Manili pokazują swoje prawdziwe oblicze. Na każdym kroku można było spotkać nachalne, często nieletnie dziewczyny, które oferowały towarzystwo na całą noc. Korzystając z tego typu atrakcji trzeba mieć się na baczności. Znaczna część pań do towarzystwa to tzw. Ladyboye, czyli mężczyźni ucharakteryzowani i ubrani jak kobiety. Cześć z nich jest po operacjach plastycznych także nie sposób odróżnić czy to mężczyzna czy kobieta. Dopiero najbliższy kontakt pozwala poznać prawdę, ale często jest już zbyt późno. Tego typu doświadczenie nie bardzo nas interesowały i szybko wróciliśmy do naszego hotelu.



dzielnica Intramuros

Był to koniec naszego pobytu w Manili. Miasto nie jest warte aby zatrzymać się w nim dłużej niż 2 dni. Kolejnym punktem programu była północna część wyspy Luzon i słynne na cały świat tarasy ryżowe Banaue.

Jeszcze przed wyjazdem zastanawialiśmy się jak tam dojechać. Większość turystów wybiera komunikację zbiorową, ale nie uśmiechało nam się spędzić kilkanaście godzin w autobusie. Jako że podróżowaliśmy w grupie 5 osób, dużo szybszą i tańszą opcją było wynajęcie samochodu. Tradycyjnie największy wybór aut i najniższe ceny są w wypożyczalniach na lotniskach. Zazwyczaj jeszcze przed wyjazdem rezerwuję auto przez internetowe porównywarki, ale w tym przypadku nie udało mi się znaleźć żadnego dostępnego samochodu. Trafiliśmy na szczyt krajów Azji i Pacyfiku i większość aut została wypożyczona przez międzynarodowe delegacje. Mimo wszystko postanowiłem pojechać na lotnisko i poszukać czegoś na miejscu. To niemożliwe żeby w 20 milionowym mieście nie było żadnego auta na wynajem.

Część ekipy po trudach minionej nocy została przy hotelowym basenie a ja z kolegą złapaliśmy taksówkę i udaliśmy się na lotnisko. Liczyliśmy że 10 kilometrów pokonamy w koło godzinę. Nic bardziej mylnego. Jeśli ktoś myśli, że polskie miasta są zakorkowana to powinien udać się do Manili. Dystans dzielący od lotniska pokonaliśmy w ponad 4 godziny. Dopiero o 20 dotarliśmy na lotnisko i tu kolejny problem. Nie było żadnego dostępnego auta. W końcu po godzinnym poszukiwaniu jedna z małych lokalnych wypożyczalni znalazła dla nas samochód. Żadnych płatności kartą, tylko depozyt w wysokości ok 1000 zł i mieliśmy 6-osobowy samochód na 4 dni.

Teraz czekał nas powrót do centrum. Liczyłem że o 21 ruch się nieco rozładuje, ale tu kolejne rozczarowanie. Korek był jeszcze gorszy. W związku z wizytą wielu głów państw i ministrów władze Manili postanowiły zamknąć pół miasta w tym niemal wszystkie drogi wyjazdowe z lotniska. Czegoś takiego jeszcze nie doświadczyłem. Przez godzinę nie przesunęliśmy się nawet o metr. W pewnym momencie wszyscy pasażerowie wysiedli z samochodów i zostali sami kierowcy. My niestety nie mogliśmy sobie na to pozwolić. Korzystając z nawigacji kluczyliśmy po wąskich uliczkach dzielnic slumsów by po kolejnych 4 godzinach dojechać do hotelu. Pokonanie 20 kilometrów w dwie strony zajęło nam ponad 8 godzin.

Planowaliśmy wyjazd z Manili około 18 a wyjechaliśmy o 1 w nocy. Musieliśmy trochę zweryfikować nasze plany i po 2 godzinach jazdy zatrzymać się na nocleg. Padło na popularne wśród turystów miasto Angeles. Dawniej była to baza wojskowa amerykańskiego lotnictwa, w której stacjonowało kilka tysięcy pilotów. Baza amerykańska już dawno została zamknięta, ale wciąż pozostało dużo niedrogich obiektów noclegowych oraz liczne night cluby, z których niegdyś chętnie korzystali amerykańscy żołnierze. Do Angeles dotarliśmy o 3 w nocy. Myślałem że Manila to stolica rozpusty, ale Angeles jest jeszcze gorsze. To miasto żyje z sexturystyki i widać to na każdym kroku. Przy centralnej ulicy znajduje się kilkadziesiąt klubów, a w nich setki młodych filipińskich dziewczyn w otoczeniu podstarzałych amerykanów i turystów z Europy. Jako że kolejnego dnia czekała nas wczesna pobudka i kilkaset kilometrów do przejechania, nie skorzystaliśmy z atrakcji, które oferowało Angeles.

TARASY RYŻOWE BANAUE

Trasa z Angeles do Banaue liczy ok 300 km, co w normalnych warunkach powinno się pokonać w 4 godziny. Niestety nie na Filipinach. Pomimo, że jechaliśmy przez centralną część wyspy Luzon, gdzie nie ma większych miast, to ruch i tak był spory. Przez pierwsze 4 godziny towarzyszył nam monotonny krajobraz nie kojarzący się z tropikalną wyspą. W krajobrazie tej części Filipin dominują łąki i pola uprawne. Co chwila mijaliśmy zatłoczone miasteczka, co znacząco wydłużało czas przejazdu.

Po ponad 7 godzinach jazdy, już po zmroku, w końcu dotarliśmy do celu. Na szczęście udało nam się znaleźć 2 ostatnie pokoje w pięknie położonym hotelu, oferującym wspaniałe widoki na tarasy ryżowe. Plan na następny dzień to trekking po tarasach ryżowych. W regionie Banaue jest kilka interesujących tras o różnej długości i stopniu trudności. My zdecydowaliśmy się na najdłuższą i naszym zdaniem najciekawszą – Batad - Banaue. Przewodniki przewidują czas przejścia na 2 dni zaczynając od amfiteatru w Batad, gdzie znajdują się liczne miejsca noclegowe, a kończąc kolejnego dnia w Banaue. My mieliśmy ambitny plan żeby pokonać ją w ciągu jednego dnia i w odwrotnej kolejności. Okazało się to zdecydowanie lepszym wyborem gdyż trasa liczy ponad 20 km i idąc w takim kierunku jak my zaczyna się na wysokości 1700 m.n.p.m. i schodzi niemal cały czas w dół. Punkt początkowy wyznacza miejsce Banaue Ethnic Village, gdzie dojechaliśmy z hotelu Jeepneyem.

Tarasy Ryżowe Banaue
trekking z Banaue do Batad

Pierwszy odcinek trasy prowadził przez las mglisty, charakterystyczny dla terenów górskich znajdujących się na tej szerokości geograficznej. Po kilku dniach pobytu na Filipinach wreszcie poczuliśmy prawdziwą egzotykę. Naszym oczom co chwilę ukazywały się piękne widoki na znajdujące się w oddali tarasy ryżowe. Przez pierwsze 2 godziny nie spotkaliśmy żywej duszy, Mało jest takich miejsc na świecie – tak pięknych, a jednocześnie nie skażonych jeszcze turystyką. Po 2 godzinach wyszliśmy z lasu i zaczął się główny punkt programu czyli spacer wzdłuż wyżłobionych w ziemi tarasów. Powstały one prawdopodobnie około 2000 lat temu wyłącznie dzięki pracy ludzkich rąk. Wiele z nich po dziś dzień jest wykorzystywanych przez lokalnych mieszkańców.

W czasie naszej wędrówki co chwilę mijaliśmy niewielkie wioski, które nie zmieniły się od setek lat. Cywilizacja praktycznie tu nie dotarła. Niestety trasa nie jest dobrze oznaczona a mapka, która mamy zupełnie nie trzyma skali i kilkukrotnie zdarzyło nam się zgubić drogę. Na szczęście po krótkich poszukiwaniach za każdym razem udawało nam się znaleźć właściwą drogę. Znaczna część trasy biegnie po usypanych tarasach, gdzie z jednej strony mamy zalane wodą pola ryżowe a z drugiej kilkumetrowy spadek. Cały czas trzeba uważać żeby nie doświadczyć kąpieli w błocie. Do dodatkowych atrakcji należą górskie strumienie, które przynosiły ochłodę w czasie wędrówki w tropikalnym słońcu.

Po około 8 godzinach wędrówki i ponad 20 km dotarliśmy do celu. Naszym oczom ukazał się wspaniały amfiteatr w Batad. Widok naprawdę zapierał dech w piersiach. W tym miejscu widać słynne tarasy ryżowe w całej okazałości i w ich najpiękniejszej odsłonie. W dole znajdowało się niewielkie miasteczko z licznymi drewnianymi domami, z których większość oferowała niedrogie noclegi dla turystów.

Pierwotnie planowaliśmy wrócić do naszego hotelu, ale było już zbyt późno i musieliśmy znaleźć nocleg na miejscu. Zanim udaliśmy się na zasłużony wypoczynek trzeba było zaliczyć jeszcze jedną lokalną atrakcję – wodospad Tappiya, który znajduje się pół godziny drogi od miasteczka w biegnącej poniżej dolinie. Kilkaset stromych schodów w dół i dotarliśmy do celu. Kąpiel o zmierzchu w przyjemnie chłodnym jeziorze u stóp wysokiego na ponad 30 metrów wodospadu to idealne zwieńczenie naszej całodniowej wędrówki. Na koniec jeszcze półgodzinna wspinaczka w całkowitej ciemności i rozpoczęliśmy poszukiwania noclegu.

Szybko udało nam się znaleźć skromny, drewniany domek z kilkoma pokojami dla turystów. Na szczęście można było zamówić obiad i co najważniejsze było zimne piwo. Nie można lepiej wymarzyć sobie zakończenia tego niezwykłego dnia pełnego niezapomnianych widoków.



Wodospad Tappiya - nasz wieczorny prysznic w Batad

Kolejny dzień przywitał nas piękną, słoneczną pogodą. Po śniadaniu szybko udaliśmy się w górę miasteczka skąd wyruszają jeepneye do Banaue. Koszt przejazdu to 150 peso czyli niewiele ponad 10 zł. Po 40 minutach wróciliśmy do naszego hotelu gdzie na parkingu czekało auto. Całodzienna podróż do Manili i kolejnego dnia wyruszyliśmy na wyspę Palawan, gdzie mieliśmy spędzić kolejny tydzień naszego pobytu.

Amfiteatr w Batad

PALAWAN - EL NIDO

Najlepszym sposobem dostania się z Manili na Palawan jest bezpośredni lot do Puerto Princesa. Każdego dnia do wyboru jest kilka lotów realizowanych przez lokalne linie Cebu Pacific oraz Air Asia. Bilety można zazwyczaj kupić już od 200 zł w dwie strony . Nam niestety nie udało się znaleźć przelotu w tak dobrej cenie. I tak mieliśmy szczęście, że udało się wylecieć. Jeszcze dzień wcześniej lotnisko było zamknięte dla ruchu pasażerskiego, a to wszystko przez międzynarodową konferencję z udziałem najwyższych głów państw strefy Pacyfiku.

Po około godzinnym locie wylądowaliśmy w stolicy wyspy – Puerto Princesa. Jest to jedyne duże miasto na Palawanie i prawdę mówiąc nie ma do zaoferowania dla turysty nic ciekawego. Miasto z racji niskich cen zakwaterowana i jedzenia, można traktować jako bazę wypadową do zwiedzania pobliskich atrakcji np. podziemnej rzeki uznanej za jeden z nowych cudów natury. My postanowiliśmy udać się prosto do El Nido. Mieliśmy tylko tydzień czasu do lotu powrotnego i chcieliśmy go w całości spędzić w najpiękniejszym zakątku Filipin.

Po wyjściu z lotniska od razu udało się znaleźć busa do El Nido – a dokładnie to kierowca znalazł nas, i razem z grupką innych turystów udaliśmy się w podróż na północ wyspy Palawan. Koszt biletu dla jednej osoby to ok 450 peso czyli niespełna 30 zł. Pokonanie odcinka 250 km zajęło nam ponad 5 godzin, co nie dziwi mając na uwadze stan tutejszych dróg. Do El Nido dotarliśmy późno w nocy i znaleźliśmy pierwszy lepszy nocleg w ekonomicznym hostelu dla backpakersów.
Nie było to nasze docelowe miejsce noclegowe. Jeszcze w Polsce szukając zakwaterowania postanowiliśmy znaleźć go poza miasteczkiem El Nido. Niestety noclegi w tej części wyspy nie należą do najtańszych. Nie powinno to dziwić gdyż każdy kto odwiedza Palawan chce zobaczyć El Nido. Wiedzą to lokalni mieszkańcy i wykorzystują na każdym kroku. Dotyczy to nie tylko zakwaterowania, które jest dwa razy droższe niż w innych częściach Filipin, ale także kosztów wyżywienia i transportu.

Plaża w El Nido

O poranku, gdy zobaczyliśmy miasteczko El Nido w świetle tropikalnego słońca, przeżyliśmy lekkie rozczarowanie. Jest to dobra baza do zwiedzanie północnej części wyspy, ale jeśli ktoś chce zobaczyć prawdziwe piękno wyspy Palawan, powinien wybrać inne miejsce na pobyt. Plaża w El Nido nie należy do najładniejszych, jest brudna, pełna łodzi, a zabudowa przypomina slumsy w krajach trzeciego świata. To wszystko zupełnie nie pasuje do przepięknych krajobrazów wokół – lazurowego morza i wyrastających prosto z wody wysokich na kilkaset metrów skał, porośniętych tropikalną dżunglą. Widać że turystyka dotarła tu niedawno i brakuje jeszcze infrastruktury na odpowiednim poziomie, pasującej do piękna otaczającej przyrody.

Plaża w El Nido

My na miejsce naszego pobytu wybraliśmy położone o kilka kilometrów na południe Corong Corong. Trudno nazwać to miasteczkiem – jest to skupisko kilkunastu domów i hoteli położonych wzdłuż drogi biegnącej nad piękną zatoką. Na pewno zdecydowanie lepsze miejsce na wypoczynek niż El Nido. Jedyny problem to brak sklepów i restauracji, Na każde zakupy czy posiłek musieliśmy jechać tricyklem do El Nido a to już koszt 100 peso czyli ok 6 zł. W czasie tygodniowego pobytu trochę się tego uzbierało. Mimo wszystko nie żałowaliśmy naszego wyboru.
Hotel położony był tuż przy plaży nad zatoką. Jak tylko weszliśmy do krystalicznie czystej, płytkiej wody o temperaturze 32 stopni wiedzieliśmy, że to miejsce to był właściwy wybór. Co więcej hotel oferował przyzwoity standard, a dodatkowym atutem był basen typu infinity. Po ponad tygodniu w drodze wreszcie dotarliśmy do głównego celu naszej podróży.

Zatoka Corong Corong

Do największych atrakcji El Nido niewątpliwie należy malownicze wybrzeże, którego charakterystycznym elementem są kilkusetmetrowe wapienne klify opadające pionowo do morza. Białe skały porośnięte bujną, tropikalną roślinnością, pięknie kontrastują z błękitem morza i filipińskiego nieba. Tego typu wybrzeże występuje również w południowej Tajlandii w regionie Phuket i Krabi a także na malezyjskiej wyspie Lankgawi, gdzie miałem okazję być w minionych latach, ale to na Filipinach jest zdecydowanie najpiękniejsze. Co więcej, nie dotarła tu jeszcze masowa turystyka, wybrzeże zachowało swój autentyczny charakter i nie ma takich tłumów jak choćby na słynnych wyspach Phi Phi.

Rejsu po wyspach El Nido

Najlepszym sposobem na poznanie wszystkich atrakcji wybrzeża El Nido jest tzw Island Hopping czyli w dosłownym tłumaczeniu skakanie po wyspach. Jest to półdniowy rejs po najpiękniejszych nadmorskich zakątkach regionu El Nido. Jako że jest ich całkiem sporo, do wyboru są 4 różne programy: A, B, C, D. Koszt jednego to ok 1200-1500 peso czyli niespełna 100 zł. Można również wybrać kombinację dwóch programów i na taką opcję się zdecydowaliśmy. Nasza wycieczka rozpoczęła się w przystani w miasteczku El Nido, skąd o 9 rano wypłynęliśmy katamaranem w całodniowy rejs. Nasz rejs był kombinacją programów A i B które pozwalają odwiedzić najpiękniejsze laguny, wyspy i zatoczki a wśród nich: Small Lagoon, Big Lagoon, Secret Lagoon, Cathedral Cave oraz Snake Island i Pinagbuyutan Island.

W czasie rejsu przewidziane były liczne postoje na kąpiel i snurkowanie w krystalicznie czystej wodzie. Nie zabrakło również pysznego obiadu z ryb i owoców morza. Miałem okazję już odwiedzić kilka pięknych miejsc i uważam, że tutejsze wybrzeże jest zdecydowanie numerem jeden i nie ma sobie równych w Azji Południowo Wschodniej.

Filipiny są również prawdziwym rajem dla płetwonurków. Wody wokół wysp znane są z bogatego podwodnego życia, pięknych raf koralowych a także niezliczonej ilości wraków będących pozostałością po walkach z czasów II Wojny Światowej. Będąc w takim miejscu nie mogliśmy nie skorzystać. Wprawdzie w bezpośrednim sąsiedztwie El Nido nie ma wraków, ale i tak tutejsze wody są bardzo interesujące zarówno dla początkujących jak i zaawansowanych miłośników podwodnego świata. W odległości pół godziny od portu w El Nido jest około 40 stanowisk nurkowych.

Zdecydowaliśmy się na półdniową wycieczkę z dwoma godzinnymi zejściami pod wodę. Do wykupienia nie jest potrzebny żaden certyfikat potwierdzający umiejętności. Wystarczyło 3700 peso i ekipa doświadczonych instruktorów zapoznała nas ze wszystkimi tajnikami nurkowania i wprowadziła do podwodnego świata z pięknymi rafami i kolorowymi rybkami.

Ostatnie dni pobytu upłynęły nam opalaniu, spacerach wzdłuż plaży, wycieczkach kajakiem. Warto wypożyczyć kajak na kilka godzin i popływać po zatoce. Dzięki temu udało nam się dotrzeć do kilku ciekawych miejsc, dostępnych tylko od strony morza, takich jak Lapus Beach i Seven Comandos Beach. Jak się okazało na jednej z takich plaż już niedługo miało się odbyć Full Moon Party. Jest to impreza organizowana na plaży w pełnię księżyca. Szczególnie popularna w Tajlandii na wyspie Kho Phangan, ale jak widać dotarła również na Filipiny.

Oczywiście tutejsza Full Moon Party nie mogła się równać tej tajlandzkiej, na której bawi się kilkanaście tysięcy ludzi. Co więcej był to dopiero początek sezonu i w El Nido nie było jeszcze dużo turystów, ale i tak uznaliśmy że jest to ciekawa atrakcje, w której trzeb wziąć udział. Tym bardziej, że była to ostatnia noc naszego pobytu. Na dziką plaże zabrał nas niewielki statek odpływający z Corong Corong. Na miejscu przy scenie z DJ bawiło się kilkaset osób – głównie z Europy, ale nie zabrakło też lokalnych mieszkańców. Fajna zabawa na zakończenie bardzo udanego pobytu w El Nido. W ten oto sposób zakończyliśmy naszą wspólną podróż po Filipinach i kolejnego dnia wyruszyliśmy w drogę powrotną - busem do Puerto Princesa i dalej samolotem do Manili a następnie przez Pekin do Wiednia.

Seven Commandos Beach