Filipiny

Palawan - wypoczynek na najpiękniejszej wyspie świata

22-02-2018
6
0

Wyspa Palawan należąca do Filipin, uznawana jest za najpiękniejszą wyspę świata. W latach 2014 i 2015 wygrała w rankingu prestiżowego czasopisma Conde Nast Traveler na najlepszą wyspę świata, a w 2017 roku została numerem 1 w plebiscycie Travel + Leisure, pokonując m.in. Bali, Santorini, Wyspy Galapagos i Hawaje.

Postanowiliśmy sprawdzić co takiego ma w sobie ta tropikalna wyspa i czy rzeczywiście zasługuje na tytuł najpiękniejszej na świecie?

Palawan jest jedną z ponad 7000 wysp należących do Filipin. Nie jest największą i najbardziej zaludnioną, ale zdecydowanie jedną z najbardziej wyjątkowych. Ciągnie się na długości ponad 400 km z północnego wschodu na południowy zachód, ale w najszerszym miejscu ma tylko 40 km. Przy powierzchni 25 krotnie mniejszej niż Polska, ma aż 2000 km linii brzegowej.
Dzięki temu, że wyspa położona była z dala od głównych szlaków handlowych i nie ma żadnych bogactw naturalnych, udało jej się zachować dziewiczy, niemal nie przekształcony przez człowieka charakter. Jedynym większym miastem i zarazem stolicą jest Puerto Princesa, gdzie znajduje się główne lotnisko. Codziennie z Manili odbywa się kilkanaście lotów realizowanych przez linie Cebu Pacific lub Air Asia i większość turystów dociera na Palawan w ten sposób. Ceny biletów w dwie strony wahają się w przedziale 200-400 zł w zależności od sezonu. Od grudnia do lutego, kiedy wyspę odwiedza najwięcej turystów są oczywiście najwyższe.

My mieliśmy okazję odwiedzić tę najpiękniejszą wyspę Filipin w listopadzie, a więc jeszcze przed wysokim sezonem. Było to zwieńczenie naszej ponad dwutygodniowej wycieczki po Filipinach, w czasie której zwiedziliśmy Manilę i położone w północnej części wyspy Luzon słynne tarasy ryżowe Banaue (cały opis wyprawy)

Nasz lot z Manili do Puerto Princesa trwał niewiele ponad godzinę. Na etapie planowania pobytu, zastanawialiśmy się czy spędzić przynajmniej jeden dzień w stolicy i wykorzystać ją jako bazę wypadową do zwiedzania znajdujących się w okolicy atrakcji. W końcu w odległości zaledwie 40 kilometrów od Puerto Princesa, znajduje się podziemna rzeka – jeden z nowych siedmiu cudów natury. Za taką opcją przemawiają również ceny noclegów, które w tej części Palawanu są zdecydowanie najniższe. Po krótkim namyśle zadecydowaliśmy jednak, że cały nasz pobyt poświęcimy na najpiękniejszą i najbardziej znaną część wyspy, czyli el Nido. Mieliśmy tylko tydzień czasu i chcieliśmy go maksymalnie wykorzystać na wypoczynek i poznanie tego najpiękniejszego zakątka Filipin.

Lotnisko w Puerto Princesa

Jedynym sposobem na dostanie się z Puerto Princesa do El Nido jest bus, który kursuje kilka razy dziennie. Cała trasa liczy około 250 km, ale z racji raczej kiepskich dróg, jej przejechanie zajmuje zazwyczaj ok 5 godzin. Poszukiwania busa nie zajęły nam wiele czasu. Właściwie to zaraz po opuszczeniu terminala kierowca znalazł się sam. Do naszej 5-osobowej grupy dołączyły jeszcze 2 osoby i w takim gronie wyruszyliśmy na północ wyspy. Cena za przejazd – 450 Peso czyli ok 30 zł, nie była wygórowana, jak za pokonanie połowy wyspy w całkiem komfortowych warunkach. Niestety było już późne popołudnie, szybko zrobiło się ciemno i nie mieliśmy okazji podziwiać krajobrazów północnej części Palawanu. Za to co chwilę zza okien busa dało się czuć zapach marihuany. Nie wiemy czy to jakaś roślina rosnąca dziko na Filipinach wydziela zapach przypominający trawkę, czy może na wyspie są plantacje tej popularnej używki. Niestety nie było nam dane tego sprawdzić. Do El Nido dotarliśmy późnym wieczorem i pozostało znaleźć nocleg. Po krótkich poszukiwaniach trafiliśmy do pierwszego lepszego hostelu dla backpakersów. Standard pozostawiał wiele do życzenia – pokoje bez klimatyzacji, okien i śmierdzące stęchlizną, ale to tylko na jedną noc i za naprawdę śmieszne pieniądze.

Przed wyjazdem długo zastanawialiśmy się, które miejsce na nocleg wybrać. O ile na ok 2 miesiące przed podróżą wybór był całkiem spory, to z każdym kolejnym tygodniem oferta była coraz uboższa. W przypadku pobytu w El Nido warto rezerwować nocleg z dużym wyprzedzeniem. Region staje się coraz popularniejszy wśród turystów i w sezonie ciężko o zakwaterowanie na dobrym poziomie w rozsądnej cenie. W końcu każdy odwiedzający Palawan kieruje się do El Nido. Wykorzystują to lokalni mieszkańcy i właściciele hoteli i bardzo windują ceny. Są one tutaj nawet przeszło trzykrotnie wyższe niż w Puerto Princesa. Dotyczy to nie tylko zakwaterowania, ale także kosztów transportu i jedzenia w restauracjach.

My odwiedziliśmy wyspę jeszcze przed wysokim sezonem, który rozpoczyna się w grudniu a i tak ciężko było znaleźć cokolwiek. W miasteczku El Nido jest największy wybór obiektów, jednak przeważają hostele i pensjonaty o niezbyt wysokim poziomie. Większość wciśnięta jest pomiędzy inne budynki z drewna i blachy falistej. Nie mają wokół żadnych terenów zielonych, ogrodów, nie wspominając już o hotelowych basenach. Całe miasteczko bardziej przypomina slumsy w krajach trzeciego świata niż tropikalny raj. Również plaża nie należy do najładniejszych – jest wąska, niezbyt czysta, w wodzie pływają śmieci, a krajobraz szpecą dziesiątki łodzi zacumowanych tuż przy brzegu. To wszystko zupełnie nie pasuje do otaczającej nas scenerii – bujnej tropikalnej roślinności, lazurowego morza i wyrastających prosto z wody, wysokich na kilkaset metrów skał. Ogólnie miasteczko El Nido to wielkie rozczarowanie i należy je traktować jedynie jako bazę wypadową do poznawania okolicznych atrakcji. Widać, że turystyka dotarła tu niedawno i brakuje jeszcze odpowiedniej infrastruktury, która pasowałaby do piękna otaczającej przyrody.

Typowa zabudowa El Nido
Plaża w El Nido

Na szczęście wokół El Nido nie brakuje urokliwych miejsc, gdzie masowa turystyka nie wywarła jeszcze negatywnego piętna i gdzie można znaleźć ciekawe obiekty noclegowe. Takim właśnie miejscem jest niewielkie miasteczko Corong Corong, położone w zatoce o tej samej nazwie. Prawdę mówiąc trudno nazwać Corong Corong miasteczkiem. Jest to skupisko kilkunastu domów, pensjonatów i hoteli położonych wzdłuż drogi, kilka kilometrów przed El Nido. Miejsce zdecydowanie ładniejsze, ale jest jeden spory mankament. Brakuje tu sklepów czy restauracji i na każdy posiłek czy większe zakupy trzeba jechać tricyklem ok 5 kilometrów. Koszt takiego przejazdu to ok 100 peso czyli 6 zł, tak więc w czasie tygodniowego pobytu może uzbierać się całkiem spora suma, którą trzeba wydać na przejazdy. Mimo tego Corong Corong, jest zdecydowanie lepszym wyborem niż pobliskie El Nido.

Nasz hotel zarezerwowaliśmy przez booking.com. Doublegem Beach Resort to jeden z niewielu budżetowych hoteli, które oferują basen. Wydawać by się mogło po co komu basen skoro się ma piękną plażę, ale w przypadku tej lokalizacji basen jest wskazany jeśli chcemy popływać. Zatoczka nad którą leży Corong Corong jest bardzo płytka i nawet idąc 200 metrów w głąb morza woda sięga zaledwie po pas.

Hotel DoubleGem w Corong Corong
Plaża w Corong Corong

Oczywiście nie przyjechaliśmy do El Nido żeby spędzać cały czas leniuchując na basenie i hotelowej plaży. Będąc w takim miejscu trzeba poznać jak najwięcej atrakcji a największą atrakcją północnej części wyspy Palawan jest jej wybrzeże i wysepki znane jako archipelag Bacuit.
Charakterystycznym elementem linii brzegowej tej części Palawanu są poszarpane wapienne klify, wysokie miejscami na kilkaset metrów, opadające pionowo do morza. Tego typu wybrzeże można spotkać również w Tajlandii w okolicach Krabi i Phuket oraz na malezyjskiej wyspie Lankgawi, jednak moim zdaniem na Filipinach jest ono najpiękniejsze. W przeciwieństwie do wyspy Phi Phi, nie znajdziemy tu tysięcy turystów i setek łódek, które szpecą krajobraz. Na Bacuit jest jest ich sporo, jednak jest to ilość nieporównywalnie mniejsza niż na „rajskich” plażach Tajlandii.

Najlepszym sposobem na poznanie wszystkich atrakcji wybrzeża El Nido jest tzw Island Hopping czyli w dosłownym tłumaczeniu skakanie po wyspach. Na uliczkach El Nido znajdziemy dziesiątki biur podróży sprzedających rejsy po pobliskich wysepkach. Można dołączyć do innych turystów, lub jeśli podróżujemy w grupie, wynająć prywatną łódkę i cieszyć się całkowitą swobodą w realizacji programu. Standardowy rejs po archipelagu Bacuit trwa pół dnia. Do wyboru jest jeden z 4 programów oznaczonych literkami: A, B, C, D. Każdy oferuje nieco inne atrakcje i kosztuje 1200-1500 peso czyli w przeliczeniu ok 100 zł.

Program poszczególnych wycieczek wygląda następująco:

Programy wycieczek po wyspach - Island Hoping

Opcji jest sporo i ciężko się zdecydować. Na 3-4 różne wycieczki szkoda wydać 400 zł, tym bardziej, że atrakcje są podobne. Na szczęście jest możliwość kombinacji dwóch programów i na taką opcję się zdecydowaliśmy. W takim przypadku rejs trwa od 9 rano do 17 popołudniu. Z racji tego, że było nas 5, udało się wynegocjować dwa programy w cenie jednego. Zdecydowaliśmy się na kombinację A i B, które pozwalają odwiedzić najpiękniejsze laguny, wyspy i plaże archipelagu. Brakuje w nich jedynie Helicopter Island, na której mi bardzo zależało, ale nie można mieć wszystkiego.
Nasza wycieczka rozpoczęła się na przystani w El Nido, skąd o 9 rano wypłynęliśmy w całodniowy rejs. Większość katamaranów nie podpływa pod przystań i trzeba pokonać około 50 metrów przez wodę, zanurzając się aż po szyję. Jedyny problem to przetransportowanie bagaży ale plecaki na głowę i jakoś się udało :)

Po około 30 minutach rejsu dotarliśmy do wyspy Miniloc, gdzie znajdują się słynne laguny: Small Lagoon, Big Lagoon i Secret Lagoon. Nasz kapitan zachęcony dobrym napiwkiem wpływał w każde, nawet najtrudniej dostępne miejsce. Laguny, podobnie jak na filmikach, które wcześniej oglądaliśmy, robią niesamowite wrażenie. W przypadku Secret Lagoon trzeba się trochę nagimnastykować i przejść przez wąską szczelinę skalną aby dotrzeć do ukrytej laguny.

W drodze na Miniloc Island
Small Lagoon
Big Lagoon

Kolejnym punktem programu była Shimizu Island, gdzie wylądowaliśmy na jednej z najpiękniejszych plaż jakie było mi dane odwiedzić. W niewielkiej zatoczce otoczonej z trzech stron przez pionowe skały i dżunglę mieliśmy pół godziny na relaks i snurkowanie. Co najlepsze na plaży nie było nikogo poza nami. Następnie katamaran ruszył w dalszą drogę na Snake Island. Nazwa wyspy nie wywodzi się od zamieszkujących ją węży tylko od ławicy piasku, która ciągnie się jak wąż i łączy niewielką wysepkę z lądem stałym. W tym miejscu przewidziany był dłuższy postój i przerwa na pyszny posiłek z ryb i owoców morza, który zaserwowano nam na pokładzie katamaranu.

Gdzieś wśród wysp archipelagu Bicuit
Snake Island
Snake Island

Gdy już wydawało się, że najciekawsze punkty rejsu są za nami, naszym oczom ukazała się wyspa Pinagbuyutan. Jest to o tyle osobliwa wysepka gdyż jest równie wysoka co szeroka. Z dala wydaje się jakby była cała była jedną wielką skałą, na która nie ma dostępu. Wraz ze zbliżaniem się okazało się że u jej brzegów znajduje się piękna plaża – kolejna zaliczana do najładniejszych, jakie kiedykolwiek widziałem. Ponownie mieliśmy krótki postój na spacer po plaży, opalanie, nurkowanie, zdjęcia, po czym ruszyliśmy w drogę powrotną do El Nido.
Po drodze kapitan proponował nam jeszcze jeden postój na 7 Commando Beach, która również była w programie, ale z racji tego, że nasz hotel znajdował się niedaleko, postanowiliśmy odwiedzić tę piękną plaże w późniejszym czasie, korzystając z kajaków.
Całą wycieczkę uważam za bardzo udaną i wartą swojej ceny. Jest to prawdziwa kwintesencja Filipin. W czasie poprzednich podróży po Azji Południowo Wschodniej miałem okazję odwiedzić kilka pięknych miejsc, ale wybrzeże El Nido zdecydowanie nie ma sobie równych w tej części świata.

Wyspa Pinagbuyutan
Plaża Ipil na wyspie Pinagbuyutan

Podczas pobytu na Palawanie nie mogło również zabraknąć nurkowania. Filipiny są prawdziwym rajem dla pasjonatów tego sportu. W okolicznych wodach spoczywa niezliczona ilość wraków z czasów II Wojny Światowej, które są świadectwem krwawych walk jakie tu toczono pomiędzy japońską cesarską flotą a amerykańską US Navy.
W samym El Nido nie znajdziemy zatopionych statków, ale wystarczy wybrać się na oddalone o kilkadziesiąt kilometrów wyspy Coron, gdzie w zatoce o tej samej nazwie spoczywa tuzin wraków.
Wody wokół El Nido oferują za to bogate życie morskie. W odległości pół godziny łodzią od miasteczka jest około 40 stanowisk nurkowych dla osób o różnym stopniu zaawansowania. Ceny półdniowego rejsu z 2 lub 3 zejściami pod wodę są podobne jak w innych częściach Azji i wynoszą odpowiednio ok 250-350 zł. Nawet jeśli nie ma się żadnego certyfikatu można skorzystać z tego typu atrakcji i pod okiem doświadczonego divemastera zejść na ponad 15 metrów pod wodę i podziwiać świat z zupełnie innej perspektywy. W czasie naszych dwóch nurkowań mieliśmy okazje ujrzeć bogate życie rafy koralowej, wielobarwne rybki i żółwia morskiego.

Rejs po wyspach i nurkowanie to nie jedyne atrakcje oferowane przez wyspę Palawan. Dla miłośników aktywnego wypoczynku idealnym sposobem na poznawanie okolicy są kajaki. Z racji położenia naszego hotelu w spokojnej zatoce Corong Corong mieliśmy możliwość szybko i bezpiecznie dotrzeć do kilku ukrytych plaż, dostępnych tylko od strony morza. Na położonej najbliżej Lapus Beach nie było żywego ducha. Podobnie na następnej Papaya Beach. Cała plaża tylko dla nas :)
Nieco dalej znajduje się 7 Commando Beach. Jest to jeden z punktów programu A podczas Island Hoping, który celowo pominęliśmy w czasie naszej poprzedniej wycieczki. Zdecydowanie lepiej było tu przypłynąć kajakiem późnym popołudniem, kiedy na plaży nie ma już dużej ilości turystów i można w spokoju cieszyć oczy fantastycznymi widokami na pobliski archipelag Bacuit.

Plaża Lapus Lapus
Papaya Beach
7 Commando Beach

Będąc w zatoce Corong Corong, warto się również wybrać na pobliską Cabanas Beach i Depeldet Island. Jest tam kilka ekskluzywnych kurortów, fajnych barów i jedna z większych atrakcji El Nido czyli 800 metrowy zjazd na linie, oferujący spektakularne widoki na okolicę.

Cabanas Beach
Cabanas Beach
El Nido Zippline

Nasz pobyt w El Nido przypadł w okresie pełni księżyca, co w Azji Południowo wschodniej oznacza full moon party. Tę tradycję rozpropagowano w Tajlandii na wyspie Ko Phangan, gdzie na plaży w każdą pełnię księżyca gromadzi się nawet kilkanaście tysięcy spragnionych zabawy turystów. Jak widać tradycja dotarła również na Filipiny na wyspę Palawan. Oczywiście tutejsza full moon party nie może się równać tej w Tajlandii, ale nie mogliśmy pominąć takiej atrakcji. Tym bardziej, że była to ostatnia noc naszego pobytu w El Nido, a impreza miała się odbyć na pięknej plaży Papaya Beach, którą odwiedziliśmy poprzedniego dnia w czasie wycieczki kajakiem.

Na dziką plaże zabrał nas niewielki statek odpływający spod jednej z restauracji w Corong Corong. Była to pierwsza full moon party na rozpoczęcie sezonu tak więc frekwencja nie była zbyt wysoka. Na miejscu przy scenie z DJ bawiło się kilkaset osób – głównie z Europy, ale nie zabrakło też lokalnych mieszkańców. Trzeba tylko mieć się na baczności przed ladyboyami, którzy polują na zagranicznych turystów. W ciemności łatwo o pomyłkę i impreza może zakończyć się niemiłą niespodzianką ;). Mimo to była to fajna zabawa na zakończenie bardzo udanego pobytu w El Nido.