Panama / Panama

Panama - z wizytą na dwóch kontynentach

23-02-2018
9
0

Ameryka Łacińska zawsze była moim podróżniczym marzeniem, nigdy nie myślałem jednak o odwiedzeniu Panamy. Prawdę mówiąc ten kraj wydawał mi się mało interesujący z racji swoich niewielkich rozmiarów i braku jakichś spektakularnych atrakcji przyrodniczych czy zabytków. Jedyne z czym mi się kojarzył to słynny kanał łączący dwa oceany i wyspy San Blas porównywane przez wielu do Malediwów.

Od wielu miesięcy w planach miałem odwiedzenie Kolumbii, ale brak wystarczającej ilości czasu sprawił, że trzeba było poszukać alternatywy - mniejszego kraju, który można zwiedzić w dwa tygodnie. W ten oto sposób wybór padł na sąsiednią Panamę.

W decyzji pomogła promocja linii KLM, w której udało się kupić bilety za niewiele ponad 2300 zł. Jak na lot do Ameryki Południowej do tego w szczycie sezonu turystycznego, to bardzo atrakcyjna cena. Tym bardziej, że wylot był z naszego rodzimego Krakowa (podobne ceny były z Gdańska i Warszawy) z jedną wygodną 3-godzinną przesiadką w Amsterdamie.

Tym razem nie musiałem długo szukać towarzystwa na wyjazd. Wiekszość osób to była ta sama ekipa, z którą spedzaliśmy wakacje w RPA

Lotnisko Schipol
Przelot nad Dominikaną

Wystarczyło 15 godzin i znaleźliśmy w Panamie, która przywitała nas słoneczną pogodą i temperaturą 32 stopnie. Jakże miła odmiana po 10 stopniowych mrozach, które panowały w Polsce.

Pozostało tylko przejść kontrolę paszportową, odebrać auto i ruszyć w drogę. Niestety na to pierwsze straciliśmy mnóstwo czasu. Najpierw kolejka do kontroli dokumentów, później jeszcze dłuższa kolejka do kontroli bagażu i tak minęły dwie godziny.
Na szczęście później wszystko odbyło się bez przeszkód i ruszyliśmy naszym Land Cruiserem do centrum Panamy. Tym razem nauczeni przykrym doświadczeniem z RPA postanowiliśmy nie oszczędzać i wypożyczyć auto, które poradzi sobie w każdych warunkach. Kosztowało to ok 600 zł więcej niż najtańszy samochód osobowy (za 13 dni wyszło łącznie 2400 zł z dodatkowym ubezpieczeniem), ale przy naszych planach przejechania całego kraju, zdecydowanie warto było dopłacić. Przy podróży w grupie 5 osób nie była to znacząca różnica, a samochód oferował dużo więcej przestrzeni i komfort jazdy nieporównywalnie lepszy.

W mieście Panama zatrzymaliśmy się tylko na 1 nocleg. Już od początku zakładaliśmy, że zostawimy sobie zwiedzanie Panamy na koniec naszej wyprawy. Postanowiliśmy tu tylko przenocować i z samego rana ruszyć na wyspy San Blas.

SAN BLAS

San Blas to najbardziej niezwykła część Panamy i jedne z najpiękniejszych wysp na Karaibach. Ciągną się one na odcinku ponad 60 km wzdłuż północnego, karaibskiego wybrzeża Panamy. Wysepek jest 360 (niektórzy mówią że 365 czyli tyle co dni w roku) i większość ze względu na bardzo małe rozmiary jest niezamieszkała. Nie bez powodu porównuje je się do Malediwów, z jedną zasadnicza różnicą – brak tutaj ekskluzywnych hoteli. Cały obszar zamieszkiwany jest przez Indian Kuna, którzy otrzymali szeroką autonomię i zarządzają tym obszarem nie dopuszczając do rozwoju masowej turystyki.

W przeciwieństwie do Malediwów nie doszło tu do inwestycji znanych sieci hotelarskich, które bezpowrotnie zmieniłyby ten obszar. Ma to swoje zarówno dobre jak i złe strony. Z jednej, udało zachowć się autentyczny charakter tego miejsca. Brak tutaj wielkich kompleksów hotelowych, snobizmu i wszechogarniającej komercji. Z drugiej strony obszar San Blas jest strasznie zaniedbany. Indianie nie dbają o porządek i estetykę. Wszędzie pełno śmieci, w architekturze dominuje wszechobecna blacha falista, która nie pasuje do otaczających nas rajskich krajobrazów. Brak również jakiejkolwiek organizacji i informacji turystycznej, o czym mieliśmy okazję przekonać się po dotarciu na miejsce.

W drodze na San Blas

Sposobów zwiedzania San Blas jest kilka.
Można wykupić gotowy pakiet obejmujący przejazd samochodem terenowym, transport łodzią, zakwaterowanie i wyżywienie. Najtańsze opcje z 1 noclegiem pod namiotem kosztują około 100 dolarów. Najdroższe to kilka dni i noclegi na katamaranie zacumowanym u brzegów różnych wysepek, ale tu koszty przekraczają już 500 dolarów. Zainteresowanie turystów wysepkami jest tak duże, że Indianie Kuna, mogą dowolnie narzucać ceny, a i tak znajdą się chętni żeby odwiedzić San Blas.

Druga opcja to wykupienie samego przejazdu do portu Carti – koszt to około 50 USD za przejazd w dwie strony plus 20 USD za wstęp na teren Indian Kuna. Tej opłaty nie da się uniknąć niezależnie czy wykupiliśmy transfer czy jedziemy we własnym zakresie. Po dotarciu do portu Carti można samemu wybrać wyspę, którą chcemy odwiedzić oraz formę zakwaterowania i wyżywienia. Podsumowując, ceny wychodzą tylko nieznacznie niższe niż gotowy pakiet zakupiony przez internet lub w biurze podróży w mieście Panama.

Trzecia opcja, którą my wybraliśmy, to dojazd we własnym zakresie. Ostatni odcinek to przejazd przez dżunglę, w związku z czym sugerowany jest samochód trenowy albo przynajmniej taki, który ma choć trochę podniesione zawieszenie. Cała trasa jest co prawda betonowa, ale momentami tak stroma i pełna dziur, że byłoby sporym ryzykiem wybrać się tam zwykłym samochodem osobowym.

Przed wyjazdem odwiedziliśmy jeszcze centrum handlowe, dokonaliśmy zakupu wody, niezbędnego prowiantu i ruszyliśmy w drogę. Przejazd z Panamy trwał około 2 godziny z czego połowa to wygodna trasa Panamerykańska, a druga godzina to przejazd przez las deszczowy. Po drodze towarzyszyły nam malownicze widoki na okolicę i bujną egzotyczną roślinność.
Około 10 km przed końcem trasy znajduje się brama wjazdowa na teren Indian Kuna gdzie pobierana jest wspominana wcześniej opłata. Nieco zaskoczył mnie widok hiszpańskiej flagi ze swastyką, ale jak się później dowiedziałem jest to oficjalna flaga Indian Kuna, dla których swastyka była od zawsze symbolem szczęścia.
Naszym celem było Puerto de Carti, skąd wyrusza większość łodzi na San Blas.

Trudno nazwac Carti miasteczkiem czy portem. Tak naprawdę to jeden wielki parking, który może pomieścić co najmniej kilkaset samochodów. Znajduje się tam restauracja (nota bene całkiem tania) i coś co można nazwać punktem obsługi turystów, do którego niezwłocznie się udaliśmy aby wybrać wyspę, na spędzenie kolejnej nocy.
I tu pojawił się pierwszy problem. Brak jakiejkolwiek informacji turystycznej. Wisiała jedynie tablica z nazwami wysp i cenami rejsów. Żadnych opisów, zdjęć, a co najgorsze osoba sprzedająca również nie potrafiła nam nic doradzić i przekazać żadnych przydatnych informacji.
Oczywiście o znajomości angielskiego wśród Indian nie ma mowy. Część nawet dobrze nie mówi po hiszpańsku.
Trochę nasza wina, że przed wyjazdem nie zgłębiliśmy tematu i trzeba było wybierać w ciemno. Kto mógł przewidzieć, że w największej atrakcji Panamy nie będzie żadnej informacji dla turystów.
Po krótkim namyśle nasz wybór padł na wyspę Elefante, na która rejs kosztuje 35 USD. Dodatkowo można było zamówić na miejscu chatę z wyżywieniem za 45 USD lub namiot bez jedzenia za 7 USD. Oczywiście wybraliśmy najtańsza opcję noclegu.

Puerto de Carti
Terminal i lokalne "biuro podrózy" w Carti

Liczyliśmy, że szybko zabierze nas łódka i będziemy mogli cieszyć się pięknym popołudniem na rajskiej wyspie. Nic bardziej mylnego. Mieliśmy okazje przekonać się o całkowitym braku organizacji Indian Kuna. Czekaliśmy ponad godzinę w pełnym słońcu, a jak już znalazła się łódź, to kolejne pól godziny trwał załadunek towaru. Indianie wykorzystują każdą okazję żeby zarobić jak najwięcej pieniędzy i nie dość, że dopchali łódkę do pełna pasażerami, to jeszcze załadowali kilkaset dodatkowych kilogramów prowiantu. Mieliśmy poważne obawy czy po drodze łódź nie zatonie.

Pierwszym naszym przystankiem była wyspa zamieszkała wyłącznie przez Indian Kuna. Nie jest ona celem podróży dla turystów, a służy jedynie jako stacja benzynowa. Dzięki temu krótkiemu postojowi mieliśmy okazję przekonać się jak żyją Kuna. Drewno, trochę liści palmowych i obecna wszędzie blacha falista, która jest tu podstawowym budulcem. Wszystko bez ładu i składu, a do tego pośród sterty śmieci. Oczywiście nie ma mowy o kanalizacji i wszystkie nieczystości spływają prosto do morza.

Załadunek naszej łódki na San Blas
Tak mieszkają indianie Kuna

Następne pół godziny i dopłynęliśmy na naszą wysepkę. Tu niestety kolejne rozczarowanie. W promieniach zachodzącego słońca wcale nie wyglądała na tropikalny raj. Pośrodku stało kilka rozwalających się drewnianych domów, bar i miejsce na imprezę. Z drugiej strony wyspy znaczną jej część zajmowało słonowodne bajoro, a na brzegu leżało mnóstwo śmieci i nieuprzątniętych liści palmowych.
Nie tak wyobrażałem sobie "panamskie Malediwy". Co więcej okazało się, że zaszło pewne nieporozumienie i namioty, o których rozmawialiśmy nie były dostępne. Te 7 dolarów to opłata dla właścicielki wyspy za możliwość rozłożenia własnych namiotów. Myśleliśmy o spaniu pod gołym niebem, ale wiatr był zbyt mocny i ciężko byłoby przetrwać cała noc w takim chłodzie. Tym bardziej, że nie zabraliśmy żadnej ciepłej odzieży.

Pierwsze wrażenia z San Blas były bardzo negatywne. Wszyscy zastanawialiśmy się za co ludzie płaca takie pieniądze. Na szczecie okazało się, że kolejnego dnia przypłynie po nas właściciel łódki i zabierze w rejs po San Blas. Dawało to szansę na poznanie innych, mieliśmy nadzieję ładniejszych wysepek. Zalazła się również wolna drewniana chata na noc. Właścicielka wyspy rozwiesiła nam hamaki i mieliśmy przynajmniej dach nad głową i ochronę przed wiatrem.

Niestety nie było nam dane szybko usnąć, gdyż na wyspie do północy trwała impreza, na której bawiło się kilkunastu brytyjskich turystów, nocujących na zacumowanym nieopodal katamaranie. Nie ma jednak tego złego…. Przynajmniej mieliśmy okazję podziwiać piękne rozgwieżdżone niebo nad Panamą. A nocne niebo nad San Blas nie ma sobie równych. Brak jakichkolwiek sztucznych świateł sprawiał, że widać było tysiące gwiazd i konstelacji, których w Europie nie da się ujrzeć.

Kolejnego dnia wstaliśmy o 5 rano, jeszcze przed wschodem słońca. 6 godzin różnicy czasu między Polską i Panamą robi swoje. W promieniach porannego słońca wyspa wcale nie wyglądała lepiej. Wraz z mijającymi godzinami i coraz mocniej świecącym słońcem nabierała jednak uroku i wreszcie poczuliśmy się jak na egzotycznych wakacjach. Przyjemnie ciepła woda mieniła się wszystkimi odcieniami błękitu, a rosnące wszędzie palmy kokosowe dawały schronienie przed palącymi promieniami równikowego słońca. Nawet nasza rozlatująca się chatka całkiem dobrze pasowała do otoczenia. Gdyby tylko nie te śmieci leżące przy brzegu to można by się poczuć jak w raju.

Wyspa Elefante
Nasz "hotel" na wyspie Elefante

Na 11 mieliśmy umówioną łódź, która miała nas zabrać na kolejne wysepki. Indianie chyba przejęli nawyki hiszpańskich kolonizatorów i na wszystko mają czas. Po półtorej godziny czekania już straciliśmy nadzieję, ale w końcu właściciel łódki przypłynął i rozpoczęliśmy nasz rejs po San Blas.

Wreszcie mieliśmy okazję ujrzeć archipelag w całej okazałości i szybko utwierdziliśmy się w przekonaniu, że wyspa Elefante jest jedną z mniej ciekawych. Jedyną jej zaletą był brak tłumów turystów.
Za to inne wysepki, które mijaliśmy wyglądały dokładnie tak, jak wcześniej sobie wyobrażałem "panamskie Malediwy". Otoczone szerokimi piaszczystymi plażami z zieloną trawką i gajem palm kokosowych pośrodku - prawdziwy raj.
Niestety atmosferę nieco psuły tłumy turystów na plażach, ale nie można mieć wszystkiego. Albo wybierzemy piękną wyspę, na której będą dziesiątki ludzi, albo niezatłoczoną wyspę, ale za to niezbyt urodziwą.

Najbardziej nam się podobała niewielka wysepka, w pobliżu Fregate Island, która była jednocześnie piękna i nie zadeptana przez turystów. Jej plaże z pochylonymi palmami zaliczam do mojej ścisłej czołówki tych najpiękniejszych.
Zastanawiając się, które miejsce piękniejsze, czy ta wysepka czy El Nido na Filipinach, miałbym poważny problem z wyborem.
Mieliśmy okazję spędzić na niej godzinę, ale to zdecydowanie za mało żeby nacieszyć się tymi rajskimi widokami. Wielka szkoda, że nie wybraliśmy jej dzień wcześniej na miejsce naszego noclegu.

Po krótkim relaksie ruszyliśmy w dalszy rejs. Było jeszcze kilka postojów, ale w większości przypadków już nie wychodziliśmy z łódki. Jedynym wyjątkiem była Piscina Natural czyli naturalny basen, a dokładnie rozległa płycizna pośrodku morza, gdzie woda sięgała do kolan. Był to ostatni punkt na trasie naszego rejsu po San Blas. Około 16 wróciliśmy do Puerto Cartii i ruszyliśmy w drogę do prowincji Chiriqui.

Piscina Natural

Naszym kolejnym celem była odległa o 400 km miejscowość David. Niestety tuż po wyjechaniu z portu utknęliśmy w olbrzymim korku. Okazało się, że Indianie Kuna wymyślili sobie kontrolę i kilkaset aut wracających z San Blas utknęło na przeszło godzinę. Opóźniło to nasz wyjazd i w połowie drogi do David musieliśmy się zatrzymać na nocleg. Udało się znaleźć przy drodze fajny hotel za rozsądną cenę (100 USD za pokój dla 5 osób).

Droga powrotna z Puerto Carti

PROWINCJA CHIRIQUI

Kolejnego dnia przejechaliśmy pozostałe 200 kilometrów i dotarliśmy do David – największego miasta zachodniej Panamy i stolicy prowincji Chiriqui. Samo miasto nie ma nic ciekawego do zaoferowania, ale jest dobrą bazą wypadową do zwiedzania okolicy. Z racji tego, że nie jest to turystyczny kurort ceny są tu 2-3 razy niższe niż w hotelach na wybrzeżu. Rozważaliśmy również nocleg w popularnej nadmorskiej miejscowości Boca Chica, jednak względy natury ekonomicznej zwyciężyły.

Do Boca Chica wybraliśmy się kolejnego dnia. Dojazd samochodem z David zajął nam około godzinę, a po drodze mogliśmy cieszyć oczy wspaniałymi widokami. Krajobraz przypominał sawannę, a w oddali było widać potężny masyw wulkanu Baru - naszego następnego celu w podróży po Panamie. Ale przed całonocnym trekkingiem trzeba było się zregenerować.

W Boca Chica za 100 dolarów wykupiliśmy półdniowy rejs po okolicznych wyspach. W tej cenie mieliśmy całą łódkę do dyspozycji dla naszej 5-osobowej grupy.
Pierwszym celem była wyspa Paridas, gdzie znajduje się jedna z najładniejszych plaż w regionie. Ma ona zupełnie inny charakter niż plaże San Blas (piasek jest tutaj ciemny z racji wulkanicznego pochodzenia) i nie może się z nimi równać urodą, ale i tak warto spędzić na niej kilka godzin na beztroskim leniuchowaniu. Tym bardziej, że pogoda jest tu najlepsza w całej Panamie, a temperatura wody w Pacyfiku dochodzi do 30 stopni.
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze na jednej urokliwej wysepce i tak minął nam dzień w całości przeznaczony na wypoczynek i ładowanie akumulatorów.

Czarne wulkaniczne plaże Boca Chica

Kolejnego dnia rano wyruszyliśmy do Boquete położonego u stup wulkanu Baru. Boquete to niewielka górska miejscowość, która z racji swojego położenia i klimatu stała się jednym z najpopularniejszych kurortów w Panamie i domem dla wielu amerykańskich seniorów. Wraz z położoną po drugiej stronie masywu górskiego miejscowością Volcan, uznawana jest za jedno z najlepszych miejsc do życia na emeryturze.
Czemu Boquete zawdzięcza tak dobrą sławę? Przede wszystkim położeniu i doskonałemu klimatowi. Dzięki temu, że miasteczko znajduje się nieco powyżej 1000 m n.p.m. panuje tu łagodny klimat przypominający wieczną wiosnę. Przez cały rok temperatury w ciągu dnia wahają się w przedziale 20-25 stopni, wiatr znad Kordylierów przynosi dużo wilgoci, co w połączniu z równikowym słońcem czyni z Boquete prawdziwy ogród Panamy. W regionie znajdziemy liczne uprawy egzotycznych owoców, warzyw i pięknych tropikalnych kwiatów.

W Boquete można znaleźć dużo eleganckich hoteli, pensjonatów i prywatnych domów na wynajem. Z racji dużej popularności wśród turystów, ceny nie należą do najniższych. My na miejsce naszego noclegu wybraliśmy leżąca nieco powyżej miejscowość Palo Alto. Nie był to najlepszy wybór gdyż z powodu położenia bliżej gór pogoda była bardzo kapryśna. Niemal cały czas wiał bardzo mocny wiatr od Kordylierów, który przynosił znad gór olbrzymie ilości wilgoci. Pomimo, że chmury były daleko, nieustannie padał deszcz. Przy temperaturze około 20 stopni, nie była to najprzyjemniejsza pogoda i zatęskniliśmy za upałami, które jeszcze poprzedniego dnia mieliśmy w Boca Chica.

TREKKING NA WULKAN BARU

Baru zwany również Wulkanem Chiriqui jest najwyższą górą Panamy. Mierzący 3475 m n.p.m. szczyt znajduje się w jednym z najwęższych miejsc Panamy, około 30 km od wybrzeża Pacyfiku i Atlantyku, co sprawia, że przy dobrej pogodzie widać z niego 2 oceany.

Na wierzchołek prowadzą 2 drogi. Jedna z nich z Boquete to szeroka wygodna trasa, którą mogą się nawet poruszać odpowiednio przystosowane samochody terenowe.
Drugi szlak zaczyna się w miejscowości Volcan. Jest typową górską ścieżką biegnącą przez las deszczowy, dużo bardziej malowniczą, ale jak nam powiedziano, dostępną wyłącznie z przewodnikiem.
Nie wiem ile w tym prawdy ale dla pewności zdecydowaliśmy się na pierwsze rozwiązanie czyli trekking drogą z Boquete.
Dla osób bardziej leniwych, ale jednocześnie z zasobnym portfelem, jest opcja wyjechania na górę samochodem terenowym. Koszt to ponad 100 USD, tak więc w naszym przypadku nie wchodziło to w grę. Zresztą to żadna satysfakcja zdobyć szczyt w ten sposób.

Najpopularniejszym sposobem zdobywania Baru jest nocna wspinaczka i na taką opcję się zdecydowaliśmy. Na wysokość 1800 metrów można wyjechać samochodem. Jeśli się nie ma własnego auta to z wielu hoteli organizowany jest transfer do granicy parku narodowego.
Przez chwilę zastanawialiśmy się czy nie podjąć próby wyjechania wyżej naszym Land Cruiserem, ale nawet taki samochód nie dałby rady, szczególnie w nocy. Poza tym moglibyśmy się narazić na karę od władz parku narodowego. Ruszylismy więc w drogę na piechotę.

Naszą wędrówkę rozpoczęliśmy około 00:30 tak aby zdążyć na wschód słońca, który w lutym w Panamie jest tuż przed 7. Zakładaliśmy, że 14 km dystansu i 1700 metrów różnicy wzniesień uda się pokonać bez problemu w 6 godzin.
Relacje innych turystów mówiły o czasach od 5 do 7 godzin na wejście i około 2h mniej na wędrówkę w dół.
Początkowo wszystko szło gładko. Co około 20 minut znajdujące się przy trasie tabliczki mówiły o pokonaniu kolejnego kilometra. Nie robiliśmy wielu postojów gdyż nie było żadnych okazji do robienia zdjęć.
Jedyną ciekawostką po drodze była niewielka tarantula. Prawdę mówiąc liczyłem, że uda nam się spotkać jakiś większy okaz a nie takie maleństwo wielkości połowy dłoni.

Problem zaczął się na wysokości powyżej 3000 metrów. Jak się okazało brak snu, niskie ciśnienie i mniejsza zawartość tlenu zrobiły swoje i tempo nam mocno siadło. Do końca walczyliśmy żeby zdążyć na szczyt przed wschodem słońca. Udało się w ostatniej chwili, ale i tak przeżyliśmy rozczarowanie gdyż nadciągnęły chmury i przesłoniły całe niebo na kilkanaście minut. I to akurat w momencie gdy pierwsze promienie słońca wyłoniły się zza horyzontu.

Wschód słońca na szczycie Wulkanu Baru

Na szczęście wiatr szybko przewiał chmury i naszym oczom ukazał się rozległy widok na znajdującą się poniżej kalderę i dolinę oddzielającą wulkan od wybrzeża Pacyfiku. Oceanu Atlantyckiego nie było widać gdyż cały teren Kordylierów i pokrywających je lasów deszczowych, przykrywała gęsta pierzyna chmur.
Prawdę mówiąc trudno nazwać panoramę z Wulkanu Baru imponującą. Jest ona mocno zdominowana przez anteny radiowe, które znajdują się tuż poniżej wierzchołka. Również trasa nie należy do ciekawych. Cały czas idzie się przez las i po drodze nie ma żadnych widoków.
Co gorsza trasa prowadzi drogą gruntową. Jeśli jest sucho to cały czas wdychamy pył, a jeśli trafimy na deszcz to idzie się w błocie po kostki.
Jedynie ostatni odcinek pomiędzy antenami a wierzchołkiem jest typową górską ścieżką prowadzącą powyżej granicy lasu i w paru miejscach trzeba wspiąć się na skałki.

Planując wspinaczkę na Baru trzeba mieć również na uwadze niską temperaturę, która panuje na szczycie. Idąc pod górę nie czuliśmy zimna, ale już po dotarciu na wierzchołek, gdy stanęliśmy na odsłoniętej przestrzeni, dało się poczuć lodowate powietrze.
Przy około 5 stopnach i silnym wietrze odczuwa się realnie ujemną temperaturę. Nawet promienie porannego słońca nie pomagają. Warto więc zabrać nie tylko bluzę i kurtkę ale również czapkę i rękawiczki.

Widok z Baru tuż po wschodzie słońca
Morze mgieł nad Parkiem Narodowym Amistad
Wierzchołek Baru z lasem ... anten

Po około półtorej godziny na szczycie zaczęliśmy schodzić w dół. Liczyłem, że trasę uda się pokonać w 4 godziny, jednak po takiej męczącej wspinaczce nie dało się trzymać szybkiego tempa. Wędrówka dłużyła się niemiłosiernie i przejście 14 km w dół zajęło nam tyle samo czasu zdobywanie szczytu.
Na dole stwierdziliśmy, że wiedząc co nas czeka, prawdopodobnie nigdy nie zdecydowalibyśmy się na zdobywanie Wulkanu Baru.
Widoki nie powalają i nie są warte takiego wysiłku. Niby jest satysfakcja z wyjścia na prawie 3500 m n.p.m. i zdobycia najwyższego szczytu Panamy, ale jakim kosztem.

Droga powrotna z Baru przez górski las deszczowy

Wulkan Baru nie jest jedyną atrakcją w okolicy. Region Boquete oferuje wiele interesujących rozrywek dla miłośników aktywnego spędzania czasu. Dla osób chcąc poznać tutejszą przyrodę ciekawą opcją jest canopy tour czyli spacer wśród koron drzew po specjalnych mostkach i platformach. Często połączone jest to z tzw. zipline czyli zjazdem na linie. Niestety atrakcje tego typu nie należą do tanich.

Dla fanów wędrówek Boquete oferuje wiele tras trekkingowych. Poza Wulkanem Baru najpopularniejszy jest szlak Sendero los Quetzales, biegnący przez dżunglę dużo bardziej malowniczą trasą niż ta na Baru. Popularnym miejscem wędrówek są również Zaginione Wodospady (Lost Waterfalls) i właśnie nad nie postanowiliśmy się wybrać ostatniego dnia naszego pobytu w Boquete.
Szlak zaczyna się kilka kilometrów na północ od miasteczka, w strefie położonej w głębi dżungli na wysokości ponad 1700 m n.p.m. Właśnie stamtąd nadciągały chmury i silny wiatr niosący opady deszczu.
O ile tego dnia w Boquete świeciło słońce to na szlaku nad Zaginione Wodospady nieustannie padał deszcz. Cała trasa była w błocie, okazało się, że wstęp kosztuje 7 dolarów i nie jest to lekki spacerek tylko 3 godzinny trekking. Po 14 godzinach wędrówki na Wulkan Baru, nie odzyskaliśmy jeszcze pełni sił i odpuściliśmy Zaginione Wodospady.

Na tym zakończył się nasz pobyt w Prowincji Chiriqui i skierowaliśmy się na północ w kierunku Bocas del Toro aby wypocząć kilka dni nad Morzem Karaibskim.

BOCAS DEL TORO

Bocas del Toro obok San Blas to najpopularniejszy wśród turystów Region Panamy. Te malownicze wyspy ciągną się na długości ok 30 km u północno zachodnich wybrzeży Panamy w pobliżu granicy z Kostaryką.
Bocas mają zupełnie inny charakter niż San Blas. Nie sa to malutkie koralowe wysepki porośnięte jedynie palmami kokosowymi. Na Bocas del Toro znajdziemy prawdziwą tropikalną dżunglę z niezwykle bujną roślinnością. Region może się również poszczycić wieloma pięknymi piaszczystymi plażami. Bocas znane jest również na całym swiecie jako doskonałe miejsce do uprawiania surfingu i przyciąga rzesze miłośników tego sportu – w szczególności Amerykanów.

Ta popularność ma niestety przełożenie na cenę. Jest to chyba najdroższy region Panamy i bardzo ciężko znaleźć tu jakiekolwiek budżetowe zakwaterowanie. Planując podróż w lutym, nie warto czekać z rezerwacją noclegu do ostatniej chwili. My popełniliśmy ten błąd i na miesiąc przed naszym pobytem praktycznie nie było dostępnych noclegów. W końcu udało się coś znaleźć, ale cena 630 USD za 3 noce nie należała do najniższych. Pierwotnie planowaliśmy spędzić na Bocas 5 dni, ale nie mogliśmy sobie pozwolić na jeszcze większy wydatek.

Droga z Boquete do Bocas prowadzi przez malownicze tereny gór Cordillera de Talamanca. O ile po południowej stronie łańcucha górskiego mamy suchą, słoneczną pogodę i krajobrazy przypominające sawannę, to jak tylko wjedziemy w góry, klimat całkowicie się zmienia. W najwyższym miejscu droga wznosi się na 1300 m n.p.m. i na przestrzeni dosłownie 10 minut można doświadczyć niespotykanej zmiany pogody. Z bezchmurnego nieba i 32 stopni zrobiło się nagle 17 stopni mniej, ulewa i porywisty wiatr.
Gdy zjechaliśmy z gór neco się rozpogodziło i dało się odczuć zupełnie inne powietrze. Zrobiło się tak wilgotno, że ciężko było oddychać.
Również roślinność w tej części Panamy jest zupełnie inna. Większą część prowincji Bocas zajmuje Park Narodowy Amistad, który porasta nieprzebyta dżungla.

Widoki z trasy przez Cordillera Talamanca
Widok na Wulkan Baru z trasy przez Cordillera Talamanca

Do portu Almirante, który jest bramą na Bocas del Toro dotarliśmy późnym popołudniem i nie było już żadnego promu na wyspy. Noc spędziliśmy w pięknym kurorcie na wzgórzach z którego rozpościerały się fantastyczne widoki.

Kolejnego dnia wyjechaliśmy wcześnie rano aby zdążyć na pierwszy prom. Rozkłady z Almirante do Bocas Town różnią się w zależności od dnia tygodnia. Warto przyjechać co najmniej półtorej godziny wcześniej, w szczególności jeśli podróżujemy w weekend. Przed terminalem promowym w Almirante tworzą się spore kolejki samochodów i jest ryzyko, że może zabraknąć miejsca. Ceny za samochód wahają się od 20 USD do 40 USD. W przypadku samochodu terenowego jest to ta wyższa kwota. Dodatkowo za każdą osobę płaci się 2 USD. Przeprawa trwa około 2 godzin.

Port Almirante i wyspy Bocas w oddali

Wyspy Bocas del Toro oferują szeroki wybór zakwaterowania od prostych hosteli z wieloosobowymi pokojami aż po ekskluzywne kurorty. O cenach tych ostatnich nawet nie wspominam. Oczywiście największy wybór noclegów i co za tym idzie najniższe ceny są w miasteczku Bocas, które zdecydowanie nie należy do najpiękniejszych miejsc w Panamie.

Po opuszczeniu promu naszym oczom ukazał się mało egzotyczny widok, nijak nie pasujący do mojego wyobrażenia o rajskich wyspach Bocas del Toro. Prawdę mówiąc miasteczko bardziej przypominało slumsy gdzieś na obrzeżach Rio niż wakacyjny kurort. Chaotyczna zabudowa, rozlatujące się drewniane domy, z których większość pokryta jest blachą falistą, a na ulicach mnóstwo śmieci. Nieco inaczej wyobrażaliśmy sobie to miejsce.

Bocas Town

Na szczęście wystarczy opuścić miasteczko i od razu zmienia się obraz wyspy.
Na północy znajduje się długa na kilka kilometrów Playa Bluff. Większość drogi prowadzi po piasku bezpośrednio przy morzu i żeby ja przejechać zdecydowanie przydaje się samochód terenowy. Przy plaży powstało wiele eleganckich hoteli i pensjonatów zatopionych w bujnej, egzotycznej roślinności.
Właśnie o takich widokach myślałem wcześniej wyobrażając sobie Bocas del Toro. Plaża pomimo ok 2 kilometrów długości jest niemal bezludna. Olbrzymie dwumetrowe fale sprawiają, że to miejsce nie za bardzo nadaje się do kąpieli, za to jest świetnym wyborem dla miłośników surfingu.

Droga na Playa Bluff
Playa Bluff

Spokojne plaże bez fal można znaleźć po drugiej stronie wyspy. Do najpopularniejszych należy Playa Estrella, która swą nazwę wzięła od licznie występujących tam rozgwiazd. Na Playa Estrella można dostać się łódką wykupując wycieczkę po wysepkach Bocas lub samochodem po dość wygodnej asfaltowej drodze biegnącej przez dżunglę. Taxi kosztuje kilka dolarów.

Droga nie prowadzi do samej plaży i ostatnie 2 kilometry trzeba pokonać pieszo. Jest to jednak sama przyjemność. Ścieżka wiedzie przez malowniczy las deszczowy tuż nad brzegiem morza. Co chwila naszym oczom ukazują się piękne plaże, mija się lasy namorzynowe, a mając odrobinę szczęścia można spotkać w koronach drzew kolorowe ptaki.

Sama Playa Estrella jest małym rozczarowaniem. Jest to jedno z popularniejszych miejsc na Bocas del Toro, a co za tym idzie nie zaznamy tu ciszy i spokoju. Przy plaży powstało mnóstwo mało eleganckich barów i stoisk z pamiątkami, które zakłócają charakter tego miejsca. My byliśmy w weekend, a więc na plaży były setki osób – zarówno turystów jak i okolicznych mieszkańców.
Udało nam się znaleźć kilka rozgwiazd, ale nie były to jakieś duże ilości. Być może z powodu tłumów turystów przeniosły się w inne miejsce.

Playa Estrella

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze przy jaskini Cuevas y Santuario la Gruta, która znajduje się w centralnej części wyspy. Jest to teren prywatny i za wstęp trzeba zapłacić 1 dolara.
Przy wejściu do jaskini stoi niewielka figurka Maryi przy której powstało sanktuarium. Wszystko otoczone egzotyczną roślinnością.
Jaskinię zamieszkują liczne nietoperze nieco większe niż nasze Gacki i olbrzymia ilość pająków. Jak tylko ujrzałem te drugie to szybko porzuciłem myśl o dalszej eksploracji groty.

Nasz pobyt na Bocas del Toro wypadł w okresie ostatniego tygodnia karnawału. Dla mieszkańców Panamy jest to jeden z najważniejszych okresów w roku i czas nieustającej zabawy. Podobnie jak w wielu innych częściach latynoamerykańskiego świata, również i tu organizowane są uliczne parady. Ta w Bocas Town uchodzi za najlepszą w całej Panamie. W czasie imprezy, która trwa od piątku aż do wtorku poprzedzającego Środę Popielcową, lokalni mężczyźni przebierają się za diabły i tańczą na ulicy w rytm bębnów i afrykańskiej muzyki.

Zakończenie karnawału w Bocas del Toro

Archipelag Bocas del Toro składa się z 10 głównych wysp oraz 250 mniejszych wysepek. Isla Colon, która wzięła swa nazwę od Krzysztofa Kolumba, który odkrył ten region w czasie swojej ostatniej wyprawy jest najpopularniejsza, a co za tym idzie najbardziej skomercjalizowana. Znajduje si tu największe miasto - Bocas Town, główny port, a nawet niewielkie lotnisko.

Żeby poznać prawdziwy urok Bocas i autentyczny charakter archipelagu, warto odwiedzić inne wyspy. Do najpopularniejszych należy Isla Bastimentos oraz Cayo Zapatilla. Ta ostatnia jest chyba największą i najczęściej uwiecznianą na zdjęciach atrakcją Bocas del Toro. Z racji tego jest najliczniej odwiedzana przez turystów.
My chcieliśmy uniknąć zatłoczonych plaż. Dlatego nasz wybór padł na Wyspę Bastimientos i dziką plażę Wizard Beach.

Do portu w Bastimentos dopłynęliśmy wodną taksówką za 3 dolary. Tutejsze miasteczko zamieszkałe jest niemal wyłącznie przez lokalną społeczność. Wcale nie oznacza to, że jest ładniejsze niż Bocas Town. Tu również znajdziemy niezbyt urodziwe domy będące połączeniem drewna, betonu i blachy falistej.
Wystarczy jednak przespacerować się 100 metrów w głąb lądu i trafiamy do zupełnie innego świata. Wnętrze wyspy Bastimentos porasta piękny las deszczowy z mnóstwem egzotycznych drzew, krzewów i kwiatów. Można tu spotkać wiele roślin, które w naszych mieszkaniach trzymamy jako kwiaty ozdobne. Do tego kolorowe motyle i ptaki. Prawdziwy raj dla miłośników przyrody.
Spacer przez dżunglę zajął nam niespełna godzinę i dotarliśmy do Wizard Beach, długiej na kilometr i niemal całkowicie pustej.

Miasteczko Bastimentos
Przeprawa przez dżunglę na Wizard Beach
Wizard Beach

Kolejnym etapem naszego pobytu na Bastimentos miała być Red Frog Beach, która wzięła swą nazwę od zamieszkujących ją niewielkich czerwonych żab. Jest to również jedna z najliczniej odwiedzanych atrakcji Bocas. Liczyliśmy, że uda się tam dostać przez dżunglę bezpośrednio z plaży Wizard, ale zostaliśmy zawróceni przez policjantów.

Trzeba było wrócić do portu Bastimentos i złapać kolejna taksówkę wodną, która kosztowała nas 5 dolarów. Na miejscu jeszcze opłata za wstęp do parku i ruszyliśmy w drogę. Również przez dżunglę, ale tym razem po wybetonowanej ulicy. W tej częsci wyspy znajduje się jeden z najbardziel eleganckich kurortów na Bocas del Toro i wszystko zostało przygotowane pod wymagających turystów.

Plaża Red Frog tak jak się spodziewałem, okazała się rozczarowaniem. Nie wiem czy to przez pogodę, która się popsuła, czy też przez tłumy turystów, ale plaża nie wywarła na nas pozytywnego wrażenia. Liczyliśmy przynajmniej, że uda się spotkać słynne czerwone żabki od których wzięła nazwę, ale nic z tego. Potwierdziła się teoria, że te najpopularniejsze miejsca są najmniej ciekawe.

Red Frog Beach

Na tym skończył się nasz pobyt w Bocas del Toro i ruszyliśmy w drogę powrotną do miasta Panama. Z racji tego, że trasa jest dość długa, zatrzymaliśmy się jeszcze po drodze w Valle de Anton. Obok Boquete jest to jeden z popularniejszych górskich kurortów. Miasteczko znajduje się w kraterze wygasłego wulkanu i z racji doskonałego klimatu jest popularnym miejscem wypoczynku zamożnych mieszkańców stolicy.

W Anton zatrzymaliśmy się tylko na jedną noc. Już kolejnego popołudnia mieliśmy udać się do Panama City, więc nie było zbyt wiele czasu na poznawanie wszystkich atrakcji okolicy.
Turyści najczęściej odwiedzają Wodospad Chorro El Macho, ale tę atrakcje sobie odpuściliśmy. Szkoda 5 USD na kolejny wodospad, który i tak nie równa się tym, które widzieliśmy w RPA czy na Sri Lance.

Zdecydowaliśmy się na krótki spacer po grzbietach górskich, będących zboczami krateru dawnego wulkanu. Widać stąd całą kalderę i położone w dolinie miasteczko Valle de Anton. Krajobrazy bardziej przypominały nasze Bieszczady niż egzotyczną Amerykę Środkową.

Panorama na Valle de Anton

PANAMA CITY

Ostatnim etapem naszego pobytu w Ameryce Środkowej było miasto Panama. Oddaliśmy już nasz samochód do wypożyczalni i zwiedzaliśmy stolice na piechotę, lub korzystając z lokalnej komunikacji. Nasz hotel znajdował się ok 500 metrów od nadmorskiej promenady, dokładnie w połowie drogi między Starym Miastem a nowoczesną dzielnicą.

Najważniejszą atrakcją Panamy jest oczywiście Kanał Panamski, wzniesiony przez Amerykanów na początku XX wieku. Kanał jest głównym źródłem bogactwa i gospodarczego sukcesu Panamy.
Łącząc Atlantyk z Pacyfikiem, o kilka tygodni skrócił drogę wodną pomiędzy dwoma oceanami. To dzięki niemu miasto Panama stało się również finansowym centrum Ameryki Łacińskiej.

Miejscem udostępnionym dla turystów jest śluza Miraflores. Znajduje się tu punkt widokowy na starą część kanału. Wejściówka kosztuje 15 USD i w tej cenie możemy przyjrzeć się z bliska konstrukcji kanału, obejrzeć film oraz zwiedzić interaktywne muzeum, które w przystępny sposób przedstawia historię powstania i zasady funkcjonowania tego cudu współczesnej techniki.
W czasie naszego pobytu niestety nie mieliśmy szczęścia widzieć na żywo jak funkcjonuje śluza Miraflores. Statki przepływają co kilka godzin i nie chciało nam się czekać. Zresztą i tak te największe jednostki korzystają z nowej części kanału, otwartej w 2016 roku, która nie jest widoczna z punktu widokowego.

Kanał Panamski - śluza Miraflores

Dzięki kanałowi, Panama stała się najważniejszym krajem tranzytowym w Ameryce Łacinskiej. Przyciągnęło to do miasta liczne firmy w tym przede wszystkim banki, których znajduje się w Panamie około 80. Liczne przedstawicielstwa międzynarodowych firm bardzo mocno wpłynęły na krajobraz Panamy.
Miasto, które jest finansowym centrum regionu może poszczycić się największą ilością wieżowców w całej Ameryce Łacińskiej.
Główną osią miasta jest nadmorska promenada, na której toczy się życie. Niestety nie ma tu żadnej plaży, ale miłośnicy aktywnego spędzania czasu mogą pobiegać, jeździć na rowerze czy korzystać z licznych boisk sportowych lub kortów tenisowych.

Nowoczesna dzielnica z nadmorską promenadą

Najlepszym sposobem podziwiania panoramy Panamy w całej okazałości, jest skorzystanie z jednego z barów na najwyższych piętrach tutejszych hoteli. Numerem jeden jest bar w hotelu Trump Tower International, który jest najwyższym budynkiem w mieście.
Z wysokości niemal 300 metrów można podziwiać całą południową część miasta wraz z historycznym Casco Antiguo.
Teoretycznie, żeby się tam dostać trzeba zapłacić 20 USD na osobę do wykorzystania później w barze. W praktyce nie było żadnej kontroli. Udało nam się wejść za darmo, ale nie mogliśmy odmówić sobie przyjemności wypicia drinka ciesząc oczy takimi widokami.
Bar otwierają o godzinie 18 i jest to najlepsza pora aby tu przyjść. Dzięki temu załapaliśmy się na panoramę Panamy za dnia, o zachodzie słońca oraz po zmroku.

Widok z najwyższego piętra Trump Tower

Spędzając kilka dni w Panami nie można pominąć jej najstarszej części czyli Casco Antiguo. Jest to jedyna dzielnica, która zachowała autentyczny, kolonialny charakter. Warto się przespacerować kilka godzin tutejszymi uliczkami i przystanąć na jednym z miejskich placów aby poczuć klimat dawnych lat. W Casco Antiguo można znaleźć kilka starych kościołów, klasztorów i budynków użyteczności publicznej takich jak teatry i muzea.

Casco Antiguo - historyczna dzielnica Panamy
Panorama nowego miasta z Casco Antiguo

Po zwiedzeniu starego miasta mieliśmy jeszcze wolne popołudnia i przygodę z Panamą skończyliśmy na dachu naszego hotelu, leniuchując przy basenie i łapiąc ostatnie promienie słońca przed lotem powrotnym do mroźnej Polski.

Ekipa w komplecie - chwila relaksu na zakończenie pobytu w Panamie