Trekking na Wulkan Baru

04-04-2018
4
0

Godzina 23 pobudka. Dość nietypowa pora na wstawanie. Raczej powinniśmy się kłaść spać a nie wstawać. Zaledwie przed kilkoma godzinami przyjechaliśmy do Boquete – niewielkiej górskiej miejscowości położonej u stóp najwyższej góry Panamy. To jest właśnie nasz cel na kolejny dzień trekking i wschód słońca na szczycie Wulkanu Baru zwanym również Wulkanem Chiriqui.

Ameryka środkowa od zawsze kojarzyła mi się z wulkanami. Jest to jeden z najbardziej aktywnych sejsmicznie regionów świata. Przez całą Amerykę Środkową biegnie pasmo Kordylierów z dziesiątkami wulkanów. Jedne są aktywne i budzą grozę wśród okolicznych mieszkańców, inne już dawno wygasły i stanowią jedynie piękne urozmaicenie krajobrazu.
Te najwyższe znajdują się w Gwatemali, najbardziej znane w Kostaryce. Panama ma również swój wulkan, który może nie jest najpiękniejszy, ale jest najwyższą górą w kraju i stosunkowo łatwo go zdobyć. Będąc na miejscu nie mogliśmy sobie odmówić takiego wyzwania i trekking na Wulkan Baru był kolejnym celem w trakcie naszych wakacji w Panamie.
Co więcej wulkan mierzący 3475 m n.p.m. znajduje się w jednym z najwęższych miejsc Panamy i całej Ameryki Środkowej, zaledwie 30 km od dwóch wybrzeży: Pacyfiku i Atlantyku i jest to jedyne miejsce w tej częsci świata, z którego można podziwiać jednocześnie 2 oceany. Jedyny warunek – dobra pogoda, a o tą najłatwiej nad ranem.

Wulkan Baru z drogi do Bocas del Toro

Na wierzchołek Wulkanu Chiriqui można się dostać na 2 sposoby. Osoby bardziej leniwe, albo mające problem ze zdrowiem lub tez kondycją mogą zdobyć wulkan na pokładzie specjalnie przystosowanego do tego samochodu terenowego. Wystarczy „zaledwie” 150 USD i niczym się nie przejmujemy. Przed godziną 4 w nocy wyjazd z hotelu i jesteśmy na szczycie na wschód słońca.

Takimi samochodami terenowymi można wyjechać na szczyt Wulkanu Baru

Dla osób z mniej zasobnym portfelem i tych bardziej ambitnych, które chcą zdobyć górę o własnych siłach pozostaje kilkugodzinny trekking. Trasy na wulkan są dwie. Najbardziej popularna prowadzi z Boquete i jest to wygodna ziemno-kamienista droga – ta która wjeżdżają samochody terenowe. Druga trasa, która zaczyna się w miejscowości Volcan, jest zdecydowanie bardziej wymagająca. Jest to typowa górska ścieżka prowadząca przez dżunglę. Jak nam powiedziano dostępna wyłącznie z przewodnikiem. Nie wiem na ile w tym prawdy, ale zdecydowaliśmy się na trekking z Boquete, gdzie mieliśmy nocleg.

Najwięcej osób zdobywających Wulkan Chiriqui decyduje się na nocną wspinaczkę tak aby zdążyć na wschód słońca. Ten w lutym wypada tuż przed 7 rano. Na wysokości 1800 metrów znajduje się spory parking i granica parku narodowego. Można tam wyjechać samochodem. Jeśli nie mamy swojego transportu, za kilka dolarów można zamówić busa, który odbierze nas z naszego hotelu. My oczywiście jedziemy naszym autem i przez chwilę zastanawiamy się nawet czy nie spróbować podjechać wyżej. W końcu Toyota Land Cruiser ma całkiem dobre właściwości terenowe. Jedyny problem to budka strażnicza przy granicy parku. W środku nocy jest pusta ale rano jak będziemy wracać na pewno ktoś będzie pilnował wjazdu i jest spore ryzyko mandatu.

W końcu decydujemy się zostawić auto na parkingu i ruszamy w drogę. Jest 0:30 w nocy. Do pokonania ponad 13 km i 1700 metrów przewyższenia. Ponad 6 godzin powinno spokojnie wystarczyć na przejście tej trasy. Przed wyruszeniem w drogę oczywiście trzeba było zaopatrzyć się w prowiant na cały dzień i odpowiednią ilość wody. Na trasie nie ma żadnego potoku żeby uzupełnić zapasy. Trzeba też pamiętać o odpowiednio ciepłej odzieży. Na wysokości 1800 m w nocy temperatura nieznacznie przekracza 10 stopni ale nad ranem, na samej górze może wynosić około 0. Wskazane są długie spodnie, bluza i kurtka. Mogą się również przydać ciepłe rękawiczki gdyż na szczycie zazwyczaj mocno wieje.

Co kilometr mijamy tabliczki podające odległość do celu i aktualną wysokość

Trasa nie przedstawia żadnych trudności technicznych ani orientacyjnych. W kilku miejscach droga się rozgałęzia ale zawsze łatwo udaje się znaleźć tę właściwą. Początkowo trasę pokonujemy w niezłym tempie. Co ok 15-20 minut mijamy kolejne tabliczki, które informują o pokonaniu kolejnego kilometra i podają aktualną wysokość. Z racji tego, że jest całkowicie ciemno nie robimy żadnych postojów na podziwianie widoków czy robienie zdjęć. Jedyną atrakcją jest spacerująca po drodze niewielka tarantula. Miałem nadzieje spotkać jakieś większe okazy, o których wiele się naczytałem przed wycieczką ale niestety trafiliśmy tylko na „maleństwo” wielkości połowy dłoni.

Po drodze gdzieś tam w dole co chwile wyłaniają się światła położonego w dole Boquete a w górze widać rozgwieżdżone niebo i księżyc. To dobry znak. Pogoda dopisuje i jest spora szansa, że uda nam się zobaczyć wschód słońca. W raz z pokonywaniem kolejnych kilometrów droga staje się coraz cięższą. Nie chodzi to o większą stromiznę czy jakieś trudności techniczne. We znaki daje się brak snu, coraz większe zmęczenie i przede wszystkim wysokość. Powyżej 3000 metrów zaczyna się wyraźnie odczuwać niższe ciśnienie i mniejszą zawartość tlenu. Wędrówka staje się coraz cięższa a kolejne kilometry pokonujemy w coraz gorszym tempie.

Tuż po 6 zaczyna się przejaśniać a do celu jeszcze spory odcinek do pokonania. Ostatnie 2 kilometry idziemy praktycznie bez żadnego postoju żeby tylko zdążyć. Las zaczyna się przerzedzać i na szczycie ustępuje miejsca niewysokim zaroślom charakterystycznym dla lasów mglistych. W końcu naszym oczom ukazują się anteny będące znakiem rozpoznawczym Wulkanu Baru. Tu kończy się droga i przez ostatnie kilkaset metrów prowadzi prawdziwa górska ścieżka. Udaje się zdążyć w ostatniej chwili i 5 minut przed godziną 7 jesteśmy na szczycie. I tu niestety rozczarowanie. Tuż przed wschodem słońca nadciągają chmury i przysłaniają wszystko na kilkanaście minut. Nie dość, że nic nie widać to jeszcze to przenikliwe zimno. Koszulka termoaktywna i kurtka to zdecydowanie za lekki strój. O ile w czasie wspinaczki byłem cały czas rozgrzany to stojąc na szczycie bez ruchu temperatura jest trudna do zniesienia. Na szczęście po kilkunastu minutach wychodzi słońce i trochę się ociepla.

Wschód słońca na szczycie Wulkanu Baru niestety przysłoniły chmury
Po chwili wyszło słońce i w dole wyłoniło się morze mgieł
Przerwa na rozgrzewkę w miejscu osłoniętym od wiatru

Naszym oczom ukazują się rozległe widoki na znajdującą się poniżej kalderę, leżące w dolinach miasteczka i majaczący w oddali Ocean Spokojny. Druga strona czyli cały teren Kordylierów, gdzie znajduje się nieprzebyta dżungla jest całkowicie pokryty chmurami. Nie ma mowy żeby zobaczyć wybrzeże Oceanu Atlantyckiego. Podejrzewam, że rzadko kiedy jest taka sposobność z racji panującego po drugiej stronie gór klimatu. Jesteśmy w lutym czyli najsuchszym miesiącu a i tak karaibskie wybrzeże przykrywają gęste chmury. W tym miejscu można wyraźnie zaobserwować granicę pomiędzy dwoma strefami klimatycznymi: suchym i słonecznym wybrzeżem Pacyfiku i wilgotnym, deszczowym regionem karaibskim.

Widok w kierunku granicy z Kostaryką, z prawej lasy deszczowe Parku Narodowego Amistad

Mimo wszystko widoki i tak są ciekawe, choć trudno nazwać panoramę z Wulkanu Baru imponującą. Jest ona mocno zdominowana przez anteny radiowe, które są tuż poniżej wierzchołka. Aby móc cieszyć oczy widokiem nie zepsutym przez cywilizację, trzeba wejść na najwyższy punkt, na którym znajduje się krzyż wieńczący szczyt. Ostatni odcinek trasy jest dość niebezpieczny i trzeba zachować czujność, żeby nie spaść w kilkudziesięciometrową przepaść (filmik ze szczytu)
Na szczycie spędzamy około 2 godzin regenerując siły, robiąc zdjęcia i czekając aż słońce wzejdzie wyżej i w końcu zrobi się trochę cieplej.

Kaldera Wulkanu Baru i widok na wybrzeże Pacyfiku w oddali
Najwyższy punkt Wulkanu Baru

Około godziny 9 rozpoczynamy marsz w dół. Teraz widać trasę w całej okazałości i prawdę mówiąc nie jest ona zbyt ciekawa. Po pół godziny wchodzimy z powrotem w las i droga prowadzi nim już do końca. Słońce świeci coraz mocniej, ale wcale nie czuć wysokiej temperatury. Co chwila mijają nas samochody terenowe na wielkich kołach, które albo zwożą turystów, wracających ze wschodu słońca, albo wywożą nowych, którzy zdecydowali się na dzienną wycieczkę. Widząc ogromne kamienie i nachylenie drogi, aż ciężko sobie wyobrazić, że coś takiego można pokonać autem.

Trasa w dół wydaje się jeszcze bardziej monotonna niż trasa w górę. Cały czas idziemy tą samą drogą, z której unosi się gryzący pył. Pewnie gdybyśmy trafili na deszcz to byśmy szli w błocie po kostki. Liczyłem, że trasę uda się pokonać w maksymalnie 4 godziny ale zmęczenie robi swoje. Po 4 godzinach drogowskazy pokazują jeszcze 5 kilometrów do przejścia. Ostatni odcinek jest dość malowniczy. Co chwile wyłaniają się jakieś wzgórza i miasteczko w dole. Niestety zmęczenie tak daje nam się we znaki, że nawet nie mamy siły na robienie zdjęć.
W końcu po 6 godzinach zejścia udaje się dojść do granicy parku i tu o dziwo strażnik nie pobiera od nas opłaty 5 dolarów. auta. Jeszcze tylko kilkaset metrów i jesteśmy w aucie. Całość razem z 2 godzinnym postojem na szczycie zajęła nam 14 godzin. To znacznie dłużej niż planowaliśmy. Zmęczenie jednak jest tak wielkie, że nie wiem czy drugi raz bym się na to zdecydował. Zarówno trasa jak i widoki na szczycie nie powalają i nie wiem czy są warte takiego wysiłku.

Szeroka kamienista droga prowadząca na szczyt
Typowa roślinność górskich lasów deszczowych

Na szczęście kolejnego dnia wszystko mija i pozostaje satysfakcja. Trekking na Wulkan Baru można uznać za udany. Kolejny punkt w naszej dwutygodniowej wyprawie po Panamie Udało się zdobyć najwyższą górę Panamy i wejść na najwyższą jak dotychczas wysokość w moim życiu 3475 m n.p.m. Dzień odpoczynku i ruszamy w dalszą drogę. Tym razem na wybrzeże karaibskie, którego nie udało się ujrzeć ze szczytu wulkanu, na piękne wyspy Bocas del Toro.