Sri Lanka

Sri Lanka - zwiedzanie i wypoczynek na południowym wybrzeżu

11-09-2017
8
0

Po wcześniejszych wyjazdach do Tajlandii i Malezji, pojawił się dylemat jaki kraj wybrać na kolejną wakacyjną podróż. Tym co determinowało miejsce wyjazdu był ograniczony czas urlopu i budżet. Siłą rzeczy wybór musiał paść na jedno z azjatyckich państw. Zależało nam na kraju, gdzie będzie można połączyć zwiedzanie i wypoczynek, gdzie wystarczą na to dwa tygodnie i jednocześnie nie wyda się fortuny na bilety i pobyt na miejscu.

Jednym z pomysłów były Indie, ale jest to tak ogromny kraj, że nawet miesiąc by nie wystarczył na poznanie choćby części atrakcji. O Wietnamie naczytałem się, że rozczarowuje, szczególnie jeśli wcześniej było sie w Tajlandii. W końcu po krótkich namysłach wybór padł na Sri Lankę i postanowiliśmy odwiedzić tę piękną wyspę na Oceanie Indyjskim.

Dlaczego Sri Lanka?

Jest to jedno z niewielu miejsc na świecie, które na tak niewielkim obszarze, oferuje tak wiele różnorodnych atrakcji.
Znajdziemy tu wspaniałe zabytki jak choćby słynna Sigiriya z pozostałościami wzniesionego na skale twierdzy/pałacu, Anuradhapura - ośrodek władzy państwa syngaleskiego i jedno ze świętych miast buddyzmu, Pollonaruwa - dawna stolica potężnego średniowiecznego królestwa, czy z bardziej współczesnych czasów - Galle - jeden z najpotężniejszych fortów z epoki kolonialnej.
Sri Lanka to równiez wspaniałe krajobrazy i niezwykłe bogactwo przyrodnicze. Warto wspomniec choćby Hill County z trasami trekkingowymi na Adam's Peak, Park Narodowy Horton Plains, dziewicze lasy deszczowe Sinharaja Forest Reserve czy plantacje herbaty w okolicach Lipton's Seat.
Do tego niezwykłe bogactwo fauny, której najbardziej znanymi przedstawicielami są słonie, lamparty, małpy - makaki, jelenie i krokodyle.
Sri Lanka może się również poszczycić ponad 1300 km urozmaiconej lini brzegowej z pięknymi plażami, oblewanymi przez zawsze ciepłe wody Oceanu Indyjskiego.


Mająć wybrany kierunek kolejnej podróży, pozostało tylko znaleźć jak najtańsze bilety i poszukać towarzystwa na wyjazd.
Z tym pierwszym nie było problemu. Opcji było kilka i wybór padł na Turkish Airlines i wylot z Pragi przez Istambuł do Colombo. Bilet w dwie strony na przełomie listopada i grudnia kosztował nas nieco ponad 2000 zł. Do tego trzeba było doliczyć koszty dojazdu do Pragi, ale i tak wyszło dużo taniej niż podobne połączenia z jakiegokolwiek polskiego lotniska. Nie wiedzieć czemu, zazwyczaj wyloty z miast takich jak Praga, Wiedeń, czy Berlin są dużo tańsze niż z Warszawy.
Gorzej wypadło montowanie ekipy na wspólną podróż. Nie udało znaleźć więcej osób chętnych na wyjazd i musieliśmy pojechać w dwójkę.

Końcówka listopada to na Sri Lance pora przejściowa pomiędzy jesiennymi monsunami a zaczynającym się w grudniu okresem suchej, słonecznej pogody. Nie jest to jeszcze sezon, tak więc ceny noclegów są zdecydowanie niższe niż w styczniu czy lutym.

Planując pobyt na Sri Lance, chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej atrakcji i jednocześnie odpocząć na pięknym południowym wybrzeżu. Sri Lanka nie jest dużym krajem, da się więc pogodzić zwiedzanie i wypoczynek i w przeciągu kilku dni odwiedzić niemal wszystkie najciekawsze miejsca.

Nasz lot z Pragi odbył się z przesiadką w Istambule, a dodatkową atrakcją był krótki postój na Malediwach. Nie mieliśmy możliwość żeby wysiąść z samolotu, ale podczas lądowania w Male, mogliśmy podziwiać z okien samolotu piękne atole z ekskluzywnymi hotelami. Może pewnego dnia będzie nam dane wypoczywać w którymś z luksusowych kurortów.

Międzylądowanie na Malediwach w drodze na Sri Lankę

Na lotnisku w Colombo wylądowaliśmy tuż przed północą. Lotnisko nie jest w samym mieście, tylko ok 30 km na północ od stolicy Sri Lanki. Mogłoby się wydawać, że w tak biednym kraju ceny noclegów i taksówek będą niskie, nie dotyczy to jednak okolic lotniska. Standardowo lokalni kierowcy i właściciele hoteli chcą jak najwięcej zarobić na turystach i ceny przy lotnisku są często znacznie wyższe niż w innych częściach kraju.

Na szczęście spędzaliśmy tu tylko jedną noc i już z samego ranka udaliśmy się w dalszą podróż po centralnej części wyspy. Jako że był to wyjazd budżetowy i dodatkowo chcieliśmy poznać autentyczną Sri Lankę, postanowiliśmy korzystać wyłącznie ze zbiorowego transportu, tak jak mieszkańcy wyspy. Pierwotnie był plan wypożyczenia samochodu, ale po przeczytaniu kilku artykułów, zdecydowałem, że nie jest to najlepszy pomysł. Tutejsi kierowcy jeżdżą jak szaleni, nie przestrzegają żadnych przepisów, a znaki drogowe i sygnalizacja świetlna nie są jeszcze znane na Sri Lance. Za to transport zbiorowy – koleje i autobusy jest dobrze rozwinięty, a ceny są szokująco niskie. Za przejazd 30 km z lotniska do Colombo płaciliśmy ok. 0,40 zł. Jedyny mankament to tłok tak duży, że czasami ciężko wejść do pociągu. W związku z tym wielu lokalnych podróżnych jeździ na dachach, lub wisząc na drzwiach pociągu.

Najpopularniejszy sposób podróżowanie po Sri Lance

PINAWALLA

Naszym pierwszym celem był słynny sierociniec słoni w Pinnawala. Jest to chyba najbardziej znane miejsce na Sri Lance, uwieczniane na setkach zdjęć i pocztówek. Żeby się tam dostać musieliśmy najpierw pojechać na główny dworzec Colombo, a następnie wsiąść w pociąg jadący w kierunku miasta Kandy. Jak na największy dworzec kolejowy w ponad 20-milionowym kraju, ten w Kolombo nie prezentował się najlepiej. Bardziej przypominał barak niż węzeł kolejowy 5-milionowej metropolii. Planując podróż koleją, trzeba mieć na uwadze, że brakuje tablic informacyjnych z rozkładami i ciężko się połapać do którego pociągu wsiąść. Oczywiście na każdym kroku pomocą służą Lankijczycy, ale nie można im ufać i za każdą przysługę oczekują pieniędzy od turystów. Jest to jeden z najbardziej negatywnych aspektów podróżowania po Sri Lance.
Drugim jest stan infrastruktury kolejowej i samych pociągów. Po Sri Lance w dalszym ciągu podróżuje się tak jak w XIX wieku. Pociągi wleką się niemiłosiernie i pokonanie 80 km między Kolombo a Pinnawala zajęło nam prawie 4 godziny.

Linia kolejowa do Kandy nie prowadzi przez miejscowość ze słynnym sierocińcem słoni i ostatni kilkukilometrowy odcinek musieliśmy pokonać tuk-tukiem. Jest to drugi najpopularniejszy sposób przemieszczania się po wyspie. Niestety nie jest już tak tani jak kolej. Lankijczycy chcą jak najwięcej zarobić na białych turystach i ceny, które proponują za przejażdżkę, są dość wysokie w stosunku do innych środków transportu. Oczywiście trzeba się targować ale i tak wychodzi wielokrotnie drożej niż jazda pociągiem czy autobusami.

Pinnawala Elephant Orphange to duży park, w którym zamieszkuje niemal sto sztuk słoni. Sierociniec powstał 1975 roku i początkowo liczył tylko 5 mały słoniątek. Z biegiem lat sprowadzano tu coraz więcej osieroconych zwierząt, które zaczęły rozmnażać się w parku, aż stado osiągnęło obecne rozmiary. Każdego dnia ich życie toczy się w ten sam sposób. Jest karmienie mlekiem, owocami i bambusem, a dwa razy dziennie, słonie wędrują przez wioskę do pobliskiej rzeki na kąpiel. To właśnie w tym miejscu robiona jest większość zdjęć z lankijskimi słoniami. Nam niestety pogoda nie sprzyjała, co chwilę padał deszcz i nie mogliśmy cieszyć oczu malowniczymi widokami, które były nam znane z pocztówek. Mimo wszystko pobyt w Pinaawala upłynął bardzo przyjemnie i po kilku godzinach udaliśmy się tuk-tukiem do miasteczka, z którego odjeżdżał pociąg do Kandy.

Pinnawala Elephant Orphange
Pinnawala Elephant Orphange - kąpiel słoni w rzece
Pinnawala Elephant Orphange - zabawa małych słoniątek

SIGIRIYA

Do stolicy centralnej prowincji Sri Lanki dotarliśmy późnym wieczorem. Kandy jest jednym z najważniejszych miast dla wyznawców Buddyzmu zamieszkujących wyspę. W mieście znajduje się Świątynia Zęba z relikwiami. Dla nas tego typu atrakcje nie były szczególnie interesującei, a Kandy traktowaliśmy jedynie jako bazę wypadową do zwiedzania okolicy. Naszym głównym celem była Sigiriya – słynna „Lwia Skała”, gdzie niegdyś znajdowało się jedno z najpotężniejszych miast Cejlonu, a do dziś pozostały ruiny monumentalnego pałacu. Sigiriya jest jednym z siedmiu miejsc na Sri Lance wpisanych na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO i najbardziej rozpoznawalną atrakcją wyspy. Aby się tam dostać musieliśmy złapać autobus do miasteczka Dambula, a stamtąd wynająć tuk-tuka. Za równowartość ok 50 złotych mieliśmy go do dyspozycji niemal na cały dzień i bez czasowych ograniczeń mogliśmy zwiedzać Sigiriyę. Kupując bilet trzeba uważać na naciągaczy, którzy podają się za lokalnych przewodników. Nieopatrznie wzięliśmy takiego przewodnika, myśląc że jest to zawarte w cenie biletu. Jakość jego usług była na takim poziomie, że już po 10 minutach oprowadzania, chcieliśmy się go pozbyć. Nie było to łatwe i dopiero po zapłaceniu równowartości około 100 zł dał nam spokój i sobie poszedł.

Sigiriya - wysoka na 180 metrów Lwia Skała
Skalne malowidła w Sigiriya

Po kompleksie pospacerowaliśmy kilka godzin. Oczywiście najważniejszym punktem programu była wspinaczka na 180 metrową skałę, z której roztacza się piękna panorama na okolicę. Niestety pogoda tego dnia nie dopisała i przez większość czasu lał ulewny deszcz, co znacząco ograniczało widoczność.
Jeśli chodzi o samą twierdzę, to Sigiriya nie robi wielkiego wrażenia. Do dnia dzisiejszego pozostały tylko szczątki murów i malowidła naskalne – nic specjalnego. Całe zwiedzanie zajęło nam około 4 godziny i wróciliśmy do naszego tuk-tuka, który czekał cały czas przy parkingu.

Sigiriya - Brama Lwa
Sigiriya - górna część kompleksu pałacowego

Była jeszcze opcja wyjścia na sąsiednią skałę, z której doskonale widać Sigiriye, ale było już późno a czekało nas jeszcze ponad 3 godziny drogi to Kandy. Drogi, której pokonanie było koszmarem. Autobusem do którego weszło 5 razy więcej ludzi niż jego pojemność, z kierowcą który prowadził jak samobójca, a to wszystko przy ogłuszającym dźwięku hinduskiej muzyki, wydobywającej się z głośnika. Ta przejażdżka na zawsze pozostanie w mojej pamięci, jako jedno z najbardziej stresujących przeżyć, którego doświadczyłem. Na szczęście jakimś cudem dotarliśmy do Kandy cali i zdrowi.

SRI PADA - GÓRA ADAMA

Kolejnego dnia z samego rana opuściliśmy Kandy i udaliśmy się w dalszą drogę, tym razem w kierunku Centralnego Płaskowyżu, gdzie znajdują się najpiękniejsze krajobrazowo tereny Sri Lanki z malowniczym Parkiem Narodowym Horton Plains i słynnymi polami herbacianymi. To miejsce uznawane jest za ojczyznę herbaty i tam narodziła się najbardziej znana na świecie herbataLipton. Po drodze do Haputale, które jest najlepszą bazą wypadową w regionie, mieliśmy jeszcze jeden ambitny plan – wschód słońca na świętej górze Sri LankiSri Pada, znanej również jako Góra Adama. Aby się tam dostać, musieliśmy najpierw dojechać autobusem do Hatton. Pomimo zaledwie 60 kilometrów odległości, przejechanie trasy zajęło prawie 3 godziny. Autobus wlókł się niemiłosiernie po krętych drogach. Wraz z pokonywaniem kolejnych kilometrów, krajobraz coraz bardziej ulegał zmianie i wjechaliśmy w górzystą część Sri Lanki, gdzie pola ryżowe ustąpiły miejsca plantacjom herbaty.

W drodze do Nallathanniya

Po dojechaniu do Hatton, trzeba było jeszcze znaleźć transport do niewielkiej miejscowości Nallathanniya, gdzie nie jeżdżą żadne autobusy. Pozostał tuk-tuk, którym pokonaliśmy ostatnie 30 kilometrów. Cena jak za taka przejażdżkę nie była niska, ale był to jedyny sposób na dotarcie do celu. Po drodze mieliśmy okazję cieszyć oczy wspaniałymi widokami i minęliśmy kilka malowniczych wodospadów.

W drodze do Nallathanniya

Na miejscu udało się znaleźć bardzo przyjemny nocleg w dobrej cenie z pięknymi widokami na góry. Szybko położyliśmy się spać, gdyż o 2 w nocy czekała nas pobudka i kilkugodzinna wspinaczka.

W listopadzie słońce na Sri Lance wschodzi po 6 rano. Pokonanie całej trasy wg przewodników zajmuje ok 3 godzin. Z miejsca naszego noclegu wyruszyliśmy punkt 3 i szybkim marszem zaczęliśmy pokonywać trasę. Do przejścia było ponad 5000 schodów i przewyższenie niemal 1000 metrów. Całą trasę pokonywaliśmy niemal w absolutnej ciemności , jedynie przy świetle czołówek. Po drodze spotkaliśmy jedynie kilka osób. O tej porze roku trasa do świątyni nie jest zbyt uczęszczana. Są jednak takie dni, gdy do Sri Pada pielgrzymują tysiące Lankijczyków i trzeba się ustawiać w kolejce do wyjścia na szczyt.

Po ok 2,5 godzinach szybkiego marszu udało nam się zdobyć świętą górę. Na szczycie znajduje się buddyjska świątynia, przy której zastaliśmy kilkudziesięciu innych turystów. Było tuż przed 6 i zaczęło się przejaśniać. Pogoda tego poranka dopisała i niebo było niemal bezchmurne. Pozostało nam czekać pół godziny, aż pojawią się pierwsze promienie słońce. Gdy się przejaśniło mogliśmy wreszcie zobaczyć trasę, która pokonywaliśmy w ciemnościach. Poniżej widać było piękne, pokryte lasem szczyty, strome skaliste zbocza, wodospady, jeziora i znajdującą się w dolinie buddyjską świątynię.

Nie widoki i sam wschód słońca jest największa atrakcją, a to co można obserwować po zachodniej stronie góry. Sri Pada jest szczytem o niemal idealnym piramidalnym kształcie. W pogodne dni, każdego poranka góra rzuca cień w kształcie trójkąta na pobliskie szczyty, doliny i horyzont. Sprawia to niesamowite wrażenie – tak jakby w oddali wyrastała inna góra. Zjawisko to trwa ponad godzinę i w tym czasie cień, który początkowo niewyraźnie rysuje się w oddali, staje się wyraźniejszy, przybliża się do góry i w końcu znika. Przez cały ten czas staliśmy wpatrzeni robiąć dziesiątki zdjęć. Dla takiego widoku warto było zarwać noc.

Widok ze Sri Pada tuż po wschodzie słońca
Widok z Góry Adama tuż po wschodzie słońca
Widok z Góry Adama o poranku

Trasa powrotna minęła nam jeszcze szybciej niż wspinaczka. Staraliśmy się nie spędzić zbyt dużo czasu na szczycie, tak aby zejść przed południem i uchronić się przed palącymi promieniami słońca. Tym razem doskonale widać było całą okolicę. Zejście zajęło nam około 2 godzin i zdążyliśmy jeszcze przespać się w hotelu przed wyjazdem w dalszą podróż. Ponownie zamówiliśmy tuk-tuka, który zawiózł nas do Haton, a stamtąd wyruszyliśmy pociągiem do Haputale.

Buddyjska świątynia przy szlaku na Górę Adama

HORTON PLAINS

Haputale było naszą bazą wypadową do zwiedzania największych atrakcji tzw. Hill Country znanego z uprawy krzewów herbacianych. Miejscowość nie jest tak znana, jak kolonialna Nuwara Elija, ale jej przewagą jest centralne położenie i dużo łatwiejszy dostęp zarówno do Horton Plains jak i na Lipton’s Seat.
Haputale położone jest na wysokości ponad 1500 m n.pm., co oznacza niezbyt wysokie temperatury przez cały rok. Tym bardziej, jeśli trafi się na pochmurną pogodę i silny wiatr, a w listopadzie jest to na porządku dziennym. Tak więc pomimo tego, że byliśmy niemal na równiku, niskie temperatury mocno dały nam się we znaki i strasznie wymarzliśmy w naszym hotelu.

Plan na kolejny dzień zakładał trekking po jednym z najpiękniejszych parków narodowych na Sri Lance – Horton Plains. Oznaczało to pobudkę o 4 rano. Transport zamówiliśmy sobie w hotelu dzień wcześniej. Tradycyjnie był to tuk-tuk, którym pokonaliśmy ok 40 kilometrowy odcinek dzielący Haputale od Horton Plains. Pojazd cały czas wspinał się stromo pod górę po serpentynach, by po 1,5 godzinie wreszcie dojechać do celu.

Park chroni bogatą przyrodę rozległego płaskowyżu, położonego 2200 metrów n.p.m. Znajdziemy tu lasy mgliste, rozległe łąki, liczne górskie strumienie, wodospady i bardzo bogatą faunę. Horton Plains jest to jeden z najwyżej położonych terenów Sri Lanki, co sprawia, że pogoda jest wyjątkowo kapryśna. Do parku trzeba dojechać wcześnie rano, gdyż później podnoszą się chmury i widoczność jest niemal zerowa.

Jeleń Sambar na terenie Parku Narodowego Horton Plains

Po dojechaniu na miejsce pozostało tylko kupić bilet i wyruszyć w trasę. Jest to jeden z niewielu parków narodowych na Sri Lance, gdzie turyści mogą spacerować pieszo, a nie są wożeni samochodem terenowym. Największe atrakcje czyli Koniec Świata i Wodospad Bakera można podziwiać pokonując pętlę biegnącą przez park.
My zadecydowaliśmy się przemierzyć ją zgodnie z ruchem wskazówek zegara, tak aby być nad World’s End z samego rana. Pomimo wczesnej pory i tak trafiła się gęsta mgła i temperatura w granicach 5 stopni. Szybki marsz pozwolił nam się rozgrzać, a po pewnym czasie pogoda znacznie się poprawiła. Gdy doszliśmy do Krańca Świata, naszym oczom ukazały się wspaniałe widoki. World’s End, to spektakularne zakończenie płaskowyżu, który opada tysiąc metrów pionowo w dół. Będąc w tym miejscu trzeba uważać, gdyż nie ma żadnych barierek ochronnych i chwila nieuwagi może się zakończyć tragicznie.
Kolejną atrakcją był Little World’s End - następny punkt, gdzie płaskowyż opada kilkaset metrów w dół, otwierając przed turystami bardzo rozległe widoki. W pogodny dzień można dostrzec odległy o kilkadziesiąt kilometrów Ocean Indyjski.

World's End - skalne urwisko opadające 1000 metrów w dół
Widok z Little World's End
Rozległe, zawsze zielone łąki Horton Planis

Następnie trasa prowadzi przez łąki, które przecina malowniczy strumień. To na nim znajduje się kolejna atrakcja – Baker’s Falls – jeden z najbardziej znanych wodospadów na Sri Lance.
Cała trasa wokół Horton Plains, wraz z licznymi postojami na podziwianie widoków i robienie zdjęć, zajęła nam około 5 godzin. Pomimo bogactwa fauny zamieszkującej park, udało nam się dostrzec jedynie lankijskie jelenie, które w ogóle nie boją się ludzi i podchodzą na wyciągnięcie ręki.

Baker's Falls
Jeleń Sambar - najpopularniejszy przedstawiciel fauny w Parku Narodowego Horton Plains

LIPTON'S SEAT

Ostatnią atrakcją, która nam pozostała, była kraina Sir Thomasa Liptona a dokładnie tzw Lipton's Seat, czyli punkt widokowy, z którego rozpościerają się widoki na rozległe plantacje pól herbacianych. W tym przypadku również zalecana jest jak najwcześniejsza pobudka, żeby zdążyć na górę, zanim podniosą się chmury i przysłonią widoki. Tym razem nie chciało nam się wstawać o 5 rano, i podjęliśmy ryzyko późniejszego wyjazdu. Naszym kierowcą był ten sam sympatyczny właściciel tuk-tuka, który zawiózł nas dnia poprzedniego do Horton Plains.

Przejechanie trasy 30 kilometrów znowu zajęło nam sporo ponad godzinę. Będąc na Sri Lance trzeba się przyzwyczaić do tego, że średnia prędkość poruszania się po tutejszych drogach nie przekracza 20 km/h. Trasa prowadziła stromymi serpentynami, wśród malowniczych pół herbacianych, na których pracowały lankijskie kobiety. Jak się dowiedzieliśmy od naszego kierowcy – przewodnika, za dzień pracy Tamilki dostają średnio równowartość ok. 4 złotych.

Typowa lankijska wioska wśród pól krzewów herbacianych
Plantacje herbaty w krainie Liptona

Po dotarciu na Lipton’s Seat, znajdujące się na wysokości 1970 m n.p.m. mieliśmy okazję podziwiać wspaniałą panoramę na stromo opadającą dolinę i całą krainę Liptona. Będąc w tym miejscu nie warto się spieszyć. Warto nacieszyć oczy tymi wspaniałymi widokami na intensywnie zielone, tarasowo ułożone plantacje herbaty. Będąc na szczycie, warunki pogodowe zmieniały się jak w kalejdoskopie tak więc mieliśmy okazję podziwiać herbaciane krzewy w gęstej mgle, w słońcu, po chwili w deszczu i znowu w słońcu.

Widok z Lipton's Seat

Zwieńczeniem naszego pobytu była wizyta w fabryce herbaty Dambetenna Tea Factory, gdzie mieliśmy okazję poznać cały proces przygotowywania tego popularnego napoju. Nie mogło się również obyć bez zakupów. Pomimo dość wysokich cen warto zaopatrzyć się w kilka opakowań tutejszej herbaty, której jakość jest nieporównywalnie lepsza od wszystkich herbat, które można kupić w Polsce.

Fabryka herbaty Dambetenna
Proces robienia herbaty w Dambetenna Tea Factory

Całą naszą wycieczkę do herbacianej krainy zakończyliśmy około 13. Pozostało więc jeszcze sporo czasu na eksplorację tej pięknej okolicy. Po krótkiej naradzie z naszym kierowcą, postanowiliśmy udać się do najwyższego wodospadu na Sri Lance – liczącego 263 metry Bambarakanda Fall. Wodospad o wysokości Pałacu Kultury i Nauki, prezentował się naprawdę imponująco na tle wiecznie zielonych lasów. Jak na tak atrakcyjne miejsce, zaskoczył nas zupełny brak turystów. U stóp wodospadu znajdowało się jeziorko „zapraszające” do kąpieli, ale temperatura wody skutecznie nas zniechęciła.

Najwyższy wodospad na Sri Lance - Bambarakanda Fall - 263 m

W drodze powrotnej nasz kierowca, zaprosił nas jeszcze do swojego domu, gdzie mieliśmy okazje poznać całą jego rodzinę i zobaczyć jak skromnie żyją przeciętni Lankijczycy.

Lankijska rodzina

Był to koniec naszego pobytu na centralnych wyżynach Sri Lanki.
Wieczorem wsiedliśmy w pociąg odjeżdżający z Haputale w kierunku Colombo. Zdecydowaliśmy się na nocny przejazd aby zyskać jeden dzień a przy okazji zaoszczędzić na kosztach noclegu. Cała trasa kolejowa z Haputale do Colombo liczy dokładnie 248 km i jest jedną z najdłuższych na Sri Lance. W cywilizowanym kraju pokonanie takiego odcinka zajęłoby pomiędzy 1 a 2 godzinami. Na Sri Lance taka podróż trwa całą noc – od godz. 20 wieczorem do 5 rano.
Jedynym mankamentem nocnej podróży było to, że nie mogliśmy podziwiać widoków jednej z najbardziej malowniczo położonych lini kolejowych na wyspie. Może to i lepiej. Widząc stan tutejszej infrastruktury i trasę jaką przemierzał pociąg - licznymi tunelami oraz mostami zawieszonymi nad przepaściami, ciężko by było się zrelaksować i cieszyć widokami. A tak przynajmniej mieliśmy okazję chwilę się przespać i odpocząć przed przyjazdem do Colombo i dalszą podróżą.

Pozostało jeszcze tylko przesiąść się o poranku na kolejny pociąg i dotrzeć do Koggali na samym południu Sri Lanki, która była finalnym etapem naszej podróży.

KOGGALA

W Koggali spędziliśmy ostatni tydzień naszego pobytu na Sri Lance. Nocleg w hotelu przy plaży zarezerwowaliśmy za pośrednictwem niemieckiego biura podróży, dzięki czemu cena była dwukrotnie niższa niż na popularnych serwisach rezerwacyjnych. Co więcej dostaliśmy pokój na najwyższym piętrze, z pięknym widokiem na ocean.

Widok z naszego pokoju na plażę Koggala

Cały pobyt upłynął nam na kąpielach w oceanie, plażowaniu i krótkich wycieczkach po okolicy. Wypoczynek na plaży był nieco utrudniony z racji dość kapryśnej pogody. Oczywiście było bardzo ciepło i temperatura codziennie przekraczała 30 stopni, ale większość czasu słońce zasłonięte było ciemnymi chmurami. Co gorsza ocean był mocno wzburzony i ponad dwumetrowe fale pozwalały wejść do oceanu jedynie najbardziej wytrawnym pływakom.
Zaletą wypoczynku w listopadzie jest za to bardzo małą ilość turystów. Plaża w Koggala – długa na kilka kilometrów była niemal całkowicie pusta.

Plaża w Koggala

Będąc zaledwie 20 kilometrów od Galle, postanowiliśmy odwiedzić to kolonialne miasto z doskonale zachowanym fortem – największym wzniesionym przez Europejczyków na kontynencie azjatyckim. Wycieczkę do Galle można kupić w każdym hotelu za ok 30-40 USD. My skorzystaliśmy z lokalnego transportu i zwiedziliśmy fort i stare miasto na własną rękę. Dokładnie to samo co oferują biura podróży kosztowało nas równowartość zaledwie kilku złotych.

Fort w Galle

W pobliżu Galle warto udać się na jedną z najpiękniejszych plaż w regionie – usytuowaną w zatoce plażę Unawatuna, przy której znajduje się wiele restauracji, barów i centrum nurkowe. W przeciwieństwie do plaży w Kogalla tu zawsze jest dużo ludzi. Szukając bardziej zacisznego miejsca, zrobiliśmy sobie dłuższy spacer na dziką plażę Jungle Beach, położoną w tropikalnym lesie z dala od cywilizacji.

Plaża Unawatuna
Droga na dziką plażę w dżungli

Popularną lokalną atrakcją jest rejs łódką po Kogalla Lake, w czasie którego odwiedza się położone na wyspach buddyjskie świątynie. Jednym z punktów programu jest Cinamon Island, gdzie można się dowiedzieć w jaki sposób pozyskuje się ta popularną przyprawę. Oczywiście cały pokaz robiony pod turystów i za wszystko trzeba słono płacić. Istnieje również możliwość zakupienia świeżych lasek cynamonu, ale wysoka cena może skutecznie do tego zniechęcić.

Koggala Lake
Na Wyspie Cynamonowej

Zwieńczeniem naszego pobytu był wieczorny spacer wzdłuż plaży koło Koggala, gdzie mogliśmy zaobserwować jeden z najbardziej charakterystycznych dla Sri Lanki widoków – rybaków siedzących na wysokich bambusowych palach tuż przy brzegu oceanu. Dawniej była to tradycyjna technika połowu ryb, a dziś jedna z największych atrakcji turystycznych na wyspie. Wielokrotnie spotkałem się z opiniami, że jest to czysta komercja i rybacy pozują do zdjęć wyłącznie za pieniądze. W naszym przypadku niczego takiego nie doświadczyliśmy. Poza nami nie było wokół żadnych turystów i mieliśmy okazję zobaczyć rybaków o zachodzie słońca w ich naturalnym środowisku na tle wzburzonego oceanu.

Symbol Sri Lanki - rybacy na bambusowych palach